Każdy dobry uczynek...
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Im bliżej końca rozgrywek, tym większa nerwowość panuje w różnych ośrodkach na ekstraklasowej mapie Polski. Najspokojniej jest chyba w Niecieczy – tam od niedzieli już wiedzą, że przyszły sezon spędzą w Betclic 1. Lidze. Z drugiej strony zespół Marcina Brosza jednak koncentruje na sobie uwagę kibiców tych drużyn, które losu Termaliki podzielić nie chcą. Legia, Arka, Lechia – oto kalendarz gier Niecieczan do końca sezonu. Sami swych głów już nie uratują, ale mogą jeszcze wysłać na szafot któregoś z tych rywali. Tylko żeby im się jeszcze chciało chcieć...
Nie chce się w ostatnich tygodniach piłkarzom Lechii. W spłaszczonej tabeli cztery mecze z rzędu bez wygranej (w tym trzy porażki) to gotowy przepis na scenariusz pod hasłem „Jaka piękna katastrofa!”. Zresztą swoistych minikatastrof – mamy na myśli mecze, w których przez kilkadziesiąt minut grywali w przewadze i nie potrafili ich rozstrzygnąć na swoją korzyść – przydarzyło się ekipie z Trójmiasta całkiem sporo (Raków – porażka, Cracovia i Piast – remisy, ostatnio Radomiak – porażka). Tomaš Bobček – snajperska rewelacja jesieni – co prawda wciąż jeszcze przewodzi najlepszym strzelcom, mocno mu jednak szum wokół jego osiągnięć oraz dziesięciokrotny (licząc od czerwca) wzrost wartości na jednym z branżowych portali wyceniających zawodników przeszkadza.
Lechia – w przeciwieństwie do wspomnianej Termaliki – własny los wciąż ma w swoich rękach. Co więcej: zanim zamknie sezon grą w Niecieczy, zmierzy się z sąsiadami w tabeli: najpierw z Widzewem, potem z Legią. Nie musi więc stawiać czoła i szarpać się z tegosezonowymi tuzami ekstraklasy, a z drużynami na jej – przeciętnym, z tendencją malejącą – poziomie. Co z tego wyjdzie? Na pewno byłoby szkoda, gdyby pięknej nadbałtyckiej areny braknąć miało za rok w ekstraklasie...
Szarpią się za to włodarze Lechii. I trudno im się dziwić w świecie, który dawno już ze swojego słownika wykreślił słowa „wstyd” i „żenada”. Rok temu tylko wyciągnięta dłoń spółki prowadzącej rozgrywki, która za zgodą pozostałych ligowych udziałowców udzieliła klubowi z Gdańska pożyczki na spłatę zaległych zobowiązań, uratowała jego licencję (a więc i miejsce w elicie). Pięć minusowych punktów nie wydawało się w tej sytuacji szczególnie dotkliwą karą za finansową swawolę. Bez wstydu jednak dziś działacze znad morza walczą o ich zwrot oficjalnie na międzynarodowych forach, a nieoficjalnie w kuluarowych rozmowach z krajową federacją, grożąc chaosem w przypadku podjęcia korzystnej dla Lechii decyzji w Trybunale Arbitrażowym w Lozannie. Mocna to nauczka dla zarządzających Ekstraklasą SA. Przesłanką do wsparcia gdańskiego klubu pożyczką ze wspólnej skarbonki była chęć uniknięcia bałaganu i destabilizacji rozgrywek, bo źle wpłynęłoby to na – z roku na rok lepszy – wizerunek sprzedawanego przez spółkę „produktu”. No to teraz ewentualna bomba, podłożona przez gdańskich piromanów, może poczynić dużo większe szkody. Cóż, jak mawiał niegdyś mój dziennikarski mentor: „Każdy dobry uczynek musi zostać... ukarany”.
