Każdą rolę akceptuję...

Rozmowa z Aronem Chmielewskim, napastnikiem ECB Zagłębia Sosnowiec, najskuteczniejszym strzelcem sezonu zasadniczego.

Aron Chmielewski jest jednym z liderów sosnowieckiej ekipy. Fot. Press Focus

Jak pan postrzega rodzimą hokejową rzeczywistość po jedenastu latach nieobecności?

- Zmieniła się na lepsze pod każdym względem i to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Trafiłem do klubu z Sosnowca, który ma najlepszą infrastrukturę w kraju. Warunki do pracy są znakomite, zarówno na lodzie, jak i poza nim, mam na myśli m.in. odnowę biologiczną. Jedyną niewiadomą była tylko kwestia jak będzie wyglądała kadra. Prezes, dyrektor sportowy oraz trenerzy zadbali o to, by ta kadra była ciekawa. Podpisywałem kontrakt jako jeden z ostatnich, ale już wówczas byłem przekonany, że będę występował z dobrymi obcokrajowcami oraz z wieloma głodnymi sukcesu rodakami. I się nie pomyliłem. Klub od ponad 30 lat nie zdobył medalu i ten głód sukcesu wyczuwa się na każdym kroku.

Powrót do rodzimej ekstraligi miał pan z przytupem! Jak to się robi?

- Trzeba być przygotowanym na maksa. Od lat przed sezonem trenuję sam w oparciu o plany czeskiego specjalisty od przygotowania motorycznego i nigdy na nich się nie zawiodłem. O tym, jak jestem przygotowany, świadczyły wyniki testów przed sezonem. Niektórzy przecierali oczy, że w moim wieku można takie osiągać. Nasz klubowy trener pogratulował tej formy fizycznej. Przyznaję, że ten okres jest ciężki, momentami wręcz morderczy, ale też jest owocny.

Drugie miejsce po sezonie zasadniczym w pełni pana usatysfakcjonowało?

- Działacze i trenerzy, jak już wspomniałem, stworzyli ciekawą kadrę, ale to jeszcze nie... drużyna. Wymieniono pół tuzina, a może i więcej, zawodników, więc zespół się tworzy przez cały czas. Już gramy nieźle, ale jeszcze nie jesteśmy w pełni dobrze funkcjonującą ekipą. Potrzeba czasu oraz cierpliwości, ale podążamy we właściwym kierunku. Jeżeli się wygrywa, to jest fajnie i miło, ale wcale nie było łatwo wejść do tej drużyny i funkcjonować w nowej formacji, w której nikt nikogo nie zna. Oczywiście, trzeba dużo rozmawiać, poznać się i stworzyć sportową rodzinę. Ale przede wszystkim muszę ciężko trenować, bo przecież nie przyszedłem odcinać kuponów. Gdybym miał taki zamiar, to leżałbym sobie na trójmiejskiej plaży (zawodnik jest Gdańszczaninem – przyp.red.) i przyglądałbym się z boku tej rywalizacji. Należę do osób szalenie ambitnych, nazwisko zobowiązuje, a ponadto patrzy na mnie rodzina, przyjaciele i znajomi. Nie mogę siebie - i ich - zawieść.

A mogło być pierwsze miejsce oo sezonie zasadniczym...

- Nie wszystko, co zakładasz, wychodzi. Niestety, na finiszu rozgrywek mieliśmy problemy kadrowe, ale nie szukam usprawiedliwienia. Zagraliśmy poniżej swojego poziomu i stąd też zanotowaliśmy wpadkę. W konsekwencji stracili szansę na wyższą lokatę, a rywal to skrzętnie wykorzystał.

23 bramki i tytuł króla strzelców. To ogromna satysfakcja i spore osiągnięcie dla pana, nieprawdaż?

- Chyba wszystkich zaskoczę, bo nie rozpatruję tego w kategoriach sukcesu. A tak na marginesie - gdy odchodziłem z Cracovii, miałem 36 goli, ale grałem w innej lidze i... byłem o dekadę młodszy. A wracając do zasadniczego wątku - nigdy nie stawiałem sobie celów indywidualnych, lecz na wszystko patrzę przez pryzmat drużyny. Zawsze staram się grać na maksa i chciałbym, by zawsze nasza ekipa wygrywała. Gdy mam okazję, strzelam bramki, ale są i takie mecze, w których mi niewiele wychodzi; wówczas wykonuję inną pracę na lodzie, natomiast zdobywaniem goli zajmują się koledzy. Wspomnę tylko, że w trzeciej rundzie ani razu nie trafiłem do siatki, a zakończyliśmy ją na pierwszym miejscu. Byłem mocno pilnowany, moje ruchy został ograniczone. Ale w rozmowie z trenerem mogliśmy wspólnie wyrazić zadowolenie z tego, jak funkcjonowała drużyna. Każdą rolę na tafli akceptuję, oby tylko pomogła drużynie!

Jak pan postrzega zespół przed najważniejszą częścią i czy pokusi się pan o jakieś prognozy?

  • Wszystko zaczyna się od atmosfery w drużynie; musi być tak jak w rodzinie. Musimy funkcjonować jak dobrze rozumiejący się kolektyw, bo bez tego nie ma sukcesów. Mamy charakterny zespół, jestem więc spokojny o nasze zaangażowanie i serce do gry. Dobrze się stało, że wylano kubły zimnej wody na rozgrzane głowy, bo widzę tego efekt. Nie stawiam żadnych prognoz, nie wybiegam w przyszłość, bo to jest zgubne. Staram się skupiać na najbliższym, sobotnim meczu. Przygotowani fizycznie jesteśmy i bardziej doświadczeni zawodnicy, tacy jak ja, staramy się wspierać młodszych, którym przyjdzie się potykać o taką stawkę po raz pierwszy. Musimy się mocno wzajemnie wspierać. Podam przykład z ostatnich igrzysk. Hokeiści USA po udanej akcji natychmiast mieli wsparcie z boksu, bo ich koledzy wstawali i klepali kijami o bandę na znak uznania. Z kolei po nieudanym zagraniu pocieszali kolegę. Taka właśnie powinna być rodzinna więź w zespole.

A po play offie będzie bal?

- Oby! Ale na razie o tym nie myślimy. I posłużę się taki przykładem z czasu mojej gry w Cracovii (2013 r. - przyp. red.) W finale z Jastrzębiem prowadziliśmy w serii 3-0, lecz rywale doprowadzili do remisu 3-3 i mieli mecz na własnym lodzie. Szampany się chłodziły. Wygraliśmy i zdobyliśmy mistrzostwo. Tak więc wstrzymajmy się z planami i prognozami...

Rozmawiał Włodzimierz Sowiński

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się