Już nie muszę tłumaczyć, że jest fajna i zdolna
Rozmowa z Piotrem Szczypką, prezesem BKT Advantage Bielsko-Biała i menedżerem Mai Chwalińskiej, finalistki Rolanda Garrosa
Za sukcesem Mai Chwalińskiej stoi jej team, m.in. trener Jaroslav Machovsky (z lewej), Piotr Szczypka i menedżerka Aleksandra Musiał. Fot. Tomasz Jastrzębowski/PressFocus
Jak czuje się Maja?
- Dziękuję, wszystko dobrze. Wróciła z krótkiego wypoczynku, odpoczęła, naładowała baterie i od kilku dni normalnie trenuje w klubie.
We wtorek dostała „dziką kartę” do Wimbledonu, ale przed londyńskim szlemem nie zagra na trawie w żadnym turnieju. Jak będzie się przygotowywać do tego wyzwania?
- Dopinamy szczegóły. Już w niedzielę leci do Anglii i przez kolejny tydzień będzie się przygotowywać na trawie. W tygodniu poprzedzającym turniej są też już na samym Wimbledonie dostępne korty dla uczestników, więc na pewno z tego skorzystamy.
Jeszcze w Paryżu zapytana, dlaczego ubiera odzież różnych marek na korcie Maja rozbrajająco szczerze odpowiedziała, że „nie ma sponsora, więc to cała historia”. Domyślam się, że teraz ustawiła się kolejka chętnych?
- Rozmawiamy, mamy sporo propozycji, ale takie rzeczy potrzebują ciszy. Maja wkrótce wybierze taką firmę, która będzie współgrać z jej osobowością, gustem i stylem.
A dostawca sprzętu, rakiet?
- Mamy umowę z Headem, ale na pewno będziemy ją renegocjować, bo Maja jest już dzisiaj w innym miejscu.
Czy na stroju Mai już na Wimbledonie zobaczymy logo sponsora strategicznego?
- Sytuacja jest dynamiczna. Nosiła m.in. logo Lotto na mocy umowy z Polskim Związkiem Tenisowym, ale na Wimbledonie nie można reklamować gier losowych, więc to miejsce siłą rzeczy się zwalnia. Wielki Szlem to taka witryna reklamowa, że żal byłoby tego w tej sytuacji nie skonsumować. Na pewno logo naszego klubu też zrobi miejsce dla potencjalnego sponsora.
Maja Chwalińska na tenisowy szczyt wbiła się błyskawicznie, ale tylko na pierwszy rzut oka. Co z pana perspektywy – wieloletniego sponsora oraz opiekuna tenisistki było w tym procesie sportowego awansu najtrudniejsze?
- Nasza wspólna historia z Mają trwa już kilkanaście lat, było wiele zlotów i upadków. Poznaliśmy Maję właściwie równolegle, gdy zakładaliśmy klub, w 2010-11 roku. Ja byłem zakochany w tenisie, a ona była tą pierwszą i super uzdolnioną dziewczynką. Wtedy nie chodziło o to, że mamy robić jakiś biznes, wielką karierę i myśleć tylko o tym, ile to pieniędzy zarobimy na Mai w przyszłości. Po prostu wszyscy w klubie traktujemy się jak rodzina, spędziliśmy wiele czasu nie tylko na korcie, ale jeszcze więcej poza nim. A jak wszyscy już wiedzą, nie jest to historia usłana różami, więc takie rzeczy scalają ludzi. I to jest najważniejsze, to zaufanie w obie strony, stworzenie teamu. W tym procesie bardzo pomocnym – nie tylko dla Mai, ale też dla mnie - jest trener Jaroslav Machovsky. On emanuje ciepłem i spokojem, wlewa ten spokój w nas wszystkich. Do tego Maja ma super rodziców. Tata Tomasz zawsze powtarza, że jego nie interesują wyniki, pieniądze itd., on chce tylko, żeby córka była szczęśliwa. To jest rzadko spotykane, unikalne wręcz. Bo nam nie chodziło o to, żeby wyprodukować mistrza świata, który zdobędzie setki milionów i – jak czasem się widzi – w tej harówie ma taką nieszczęśliwą minę. Nam udało się osiągnąć to samo w całkiem inny sposób.
Okej, ale mówimy o zawodowym sporcie, więc tu nie ma sentymentów. Trzeba zainwestować, żeby wyciągnąć, co w tenisie udaje się nielicznym...
- Wiadomo, każdy za swoją pracę chce wynagrodzenie. No więc inaczej - przez te wszystkie lata w rozwój Mai wkładaliśmy to, co mieliśmy i chcieliśmy, ale też zdawaliśmy sobie sprawę, że to może po prostu nie wyjść. I to też byłoby w porządku, bo tak jest świat skonstruowany, a w tenisie the winner takes it all (z ang. zwycięzca bierze wszystko – przyp. red.), a jest tylko jeden winner, walczy o niego setki tysięcy zawodników, ale niestety ranking i drabinka nie są z gumy. Więc osobiście jestem bardzo wdzięczny, że mnie to teraz spotkało, bo są ludzie, którzy tak samo ciężko pracują, ale nagrody nie dostaną.
Przez kilkanaście lat głównie pan inwestował w Maję, a na samym początku pana nieżyjący już ojciec. Domyślam się, że musi pan czuć swego rodzaju satysfakcję, że jednak było warto?
- Rozmawiałem z panem jeszcze pół roku temu w całkiem innych realiach, a jak widać życie potrafi się zmienić w ciągu pół roku, nawet w ciągu trzech tygodni. Doskonale pan wie, że to nie są jakieś bajki pod publiczkę, tylko po prostu czasem naprawdę było ciężko. Czuję więc ogromną ulgę - to jest to dominujące uczucie. Ponieważ pod względem finansowym w głównej mierze na swoje plecy wziąłem karierę Mai. Maja pochodzi z normalnego domu, w którym się nie przelewało, a tenis jest sportem ogromnie drogim, rocznie to idzie w miliony. Jeżeli więc tylko i wyłącznie rodzice mieliby sportowców wychowywać, to nie wiem, kto byłby tym sportowcem, i ile rodzice musieliby zarabiać, żeby sfinansować te wszystkie turnieje, wyjazdy, trenerów. Itd. Ja miałem trochę większe możliwości, na starcie dzięki mojemu ojcu, założycielowi firmy Strumet, któremu mała Maja zaimponowała, jej praca. Mamy też fajne relacje z samorządem Bielska-Białej, zawsze na miarę możliwości wspiera nas PZT, ale dopięcie wszystkiego zawsze spoczywało na mnie, i na rodzicach. Teraz jestem po prostu szczęśliwy, bo nasze życie się zmienia, wszyscy rozmawiają z nami już w inny sposób, już nie będę musiał chodzić z ręką po prośbie i tłumaczyć całemu światu, że ta Maja jest fajna, jest zdolna i pytać, dlaczego wy nie chcecie jej wspierać. Teraz to Maję będą wszyscy prosić.
Piotr Szczypka w rozmowie z autorem. Fot. Tomasz Mucha
