Jeszcze bez dreszczyku

Rozmowa z Nikodemem Leśniakiem-Paduchem, obrońcą Ruchu Chorzów

Leśniak-Paduch zagrał nietypowo, bo na prawej obronie. – Byłem na to przygotowany – mówi nam. Fot. Marcin Bulanda/Press Focus

Z Wieczystą zagrał pan dopiero pierwszy mecz w tej rundzie. Jak się pan czuje?

– Na pewno byłem spragniony tego powrotu. Trochę minęło, bo 7 stycznia doznałem kontuzji i złamałem piątą kość śródstopia (na pierwszym tegorocznym treningu – przyp. red.). Minęły więc ponad 3 miesiące. Nie było łatwo, ale cieszę się, że mogłem wrócić, być znowu z drużyną. Co prawda nie zagrałem na środku, bo wszedłem na prawą obronę, ale tego wymagała zmiana. Jestem jednak zadowolony, że mogę już normalnie funkcjonować.

No właśnie, w 80 minucie zameldował się pan nietypowo, bo na prawej obronie, zmieniając Martina Konczkowskiego. Jak się tam grało i jakie wskazówki dał trener Fornalik?

– To prawda, nietypowo, ale na treningach byłem wystawiany na tę pozycję na wypadek, gdyby „Konczi” miał jakiś uraz, czy coś by mu doskwierało w trakcie meczu. Byłem na to przygotowany, chociaż wiadomo, że to nie jest moja pierwsza pozycja. Mam jednak zadanie, że gdy trzeba wejść na prawą obronę, to wchodzę i robię to, co trener mi nakazał.

A łatwo o grę nie ma, bo zimą do drużyny dołączył jeszcze Max Watson i jest was aż pięciu stoperów.

– Zgadza się, konkurencja jest duża i na pewno nie jest łatwo, aby wbić się na tę pozycję. Robię swoje, pracuję cierpliwie i czekam na swoją szansę. Nic więcej nie mogę zrobić.

Cierpliwość się przyda, bo trener Fornalik raczej nie lubi zmian w składzie. Jak coś działa, to zostawia.

– Prawda, jeśli idzie i wygrywamy, to nie zmienia się składu – dopóki ktoś nie popełni błędu i nie zaczniemy przegrywać. Wtedy pewnie będą jakieś korekty, ale... taka jest piłka, taka jest kariera piłkarza. Trzeba być cierpliwym i czekać na swój moment.

Jak skomentuje pan przegrany mecz z Wieczystą? Jakość indywidualna poszczególnych zawodników zrobiła różnicę?

– Na pewno tak. Było widać ich jakość, robili składne akcje, mieli więcej posiadania piłki. Po prostu... byli lepsi. Mieli więcej sytuacji, my nie stwarzaliśmy ich aż tyle, nie postawiliśmy się im, ale... no bywa. We wcześniejszych spotkaniach, z Chrobrym czy ŁKS-em, graliśmy dobrze i powinniśmy wtedy łapać punkty. Na koniec ligi może ich brakować, ale zostało jeszcze sześć meczów i miejmy nadzieję, że to wystarczy, aby załapać się na strefę barażową.

Jakie mieliście założenia na Wieczystą? Nie zawsze gra się z takim przeciwnikiem, drugą najlepszą ofensywą I ligi. Mieliście ich wyczekiwać, rozbijać?

– Wiadomo, że skupialiśmy się na defensywie, żeby blokować wszelkie luki, bo oni mają jakość w przodzie. Wyczekiwaliśmy dobrego momentu przy pressingu, żeby też sprawić im trudność i wykorzystać nasze sytuacje. Niestety jednak w tym meczu widać było, że nie zrealizowaliśmy naszego planu i przegraliśmy 0:2.

Czuć już Wisłę?

– Czuć, czuć (uśmiech). Na naszych social mediach i w Chorzowie widać, że coraz więcej ludzi kupuje bilety (przekroczono już 40 tysięcy – przyp. red.). To na pewno będzie dobre i ważne widowisko, kolejny finał do rozegrania.

Rok temu z Wisłą frekwencja wyniosła 53 tysiące, jeszcze w ekstraklasie na meczu z Widzewem też „pękło” 50 tysięcy. To najlepsze wyniki w polskich ligach od 50 lat, więc mało kto miał w ogóle okazję zagrać przy takiej publice. Czuje pan z tego względu presję?

– Jeszcze nie odczuwam stresu. Wiadomo, że nie miałem okazji zagrać jeszcze przy takiej publiczności. Najwięcej do tej pory było w moim przypadku w zeszłej rundziew Krakowie z Wisłą, gdzie było prawie 30 tysięcy osób. Na razie się nie denerwuję, ale może dzień czy dwa przed meczem poczuję lekki dreszcz. Skupiam się na zadaniu i po prostu na kolejnym spotkaniu.

Każdy mecz jest w końcu za 3 punkty. Zerkacie w tabelę?

– Zerkamy, ale w tabeli około 10 miejsc jest spłaszczonych. Każdy mecz jest tam ważny, bo ktoś wygra czy przegra i od razu przesuwa się cztery miejsca w dół lub w górę. Ta liga pokazuje, że ostatnie miejsce może wygrać z pierwszym, więc każde spotkanie jest jak finał – tak z Wisłą Kraków, jak i ze Stalą Mielec czy Zniczem. Trzeba wygrywać i zdobywać 3 punkty.

Czy pana zdaniem jakieś znaczenie ma teraz fakt, że cztery mecze z rzędu gracie u siebie?

– To w jakiś sposób na pewno nam ułatwia zadanie. Mamy swoją publiczność, wygrywamy tutaj większość meczów, mamy dobry bilans. To rzecz na plus.

Rozmawiał Piotr Tubacki

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się