Jestem za Jankiem

Rozmowa z Tomaszem Wieszczyckim, byłym piłkarzem reprezentacji Polski, mistrzem kraju z ŁKS-em i Polonią Warszawa, komentatorem Canal+

Tomasz Wieszczycki na boisku w Chybiu z medalem za uczestnictwo w meczu charytatywnym dla Ryszarda Stańka. Fot. Paweł Czado

Dużo się ostatnio dzieje wokół reprezentacji. Jak pan odbiera całe to zamieszanie?

– Ten ostatni czas to porażka. Nie udało się zbudować czegoś konkretnego, choćby namiastki. I jeszcze ten mecz z Finlandią przegrany w tak fatalnej atmosferze wokół reprezentacji… Być może, gdyby nie ona, ten mecz mógł potoczyć się inaczej? Tak czy inaczej, ta kadra ma przecież duży kredyt zaufania. Wszyscy mówią, że w kadrze nie ma czasu na zmiany, ale te jednak nastąpiły. Jeśli ich dokonywać, to właśnie teraz. Nie po wakacjach, we wrześniukiedy czekają nas kolejne mecze, ale właśnie teraz. Tak mi  się wydaje.

Kogo widziałby pan na stanowisku selekcjonera?

– Nie będę oryginalny. Jeśli chodzi o polskich szkoleniowców, to jestem za Jankiem Urbanem. Piękna kariera, świetna zarówno piłkarska, jak i trenerska. To niby dodatek, ale jednak istotny, bo doświadczenie warto mieć. Oczywiście – pamiętam, że można mieć różną drogę do prowadzenia drużyny: Guardiola wziął Barcelonę, po tym, jak prowadził jej rezerwy i zrobił z niej zjawisko, osiągał z nią fantastyczne wyniki. Selekcjoner to jednak taka rola, w której warto mieć doświadczenie…

A jeśli nie Janek, to… ktoś z zagranicy, jakiś… Juergen Klopp! (uśmiech) Ktoś taki inaczej spojrzałby na nasz futbolowy światek, a to uważam za cenne! Jesteśmy przecież teraz tacy podzieleni… Jedni: Lewandowski, inni: Probierz. Cóż, trener Probierz w tym sporze zachował się jak lider, pod tym względem zarzucić mu niczego nie można. Myślę jednak, że nie wiemy wszystkiego o tym konflikcie. Ale ja będę wiedział (uśmiech). Kiedy pojadę na ryby z Sebkiem Milą, to się dowiem (we wrześniu 2023 roku Sebastian Mila został jednym z asystentów selekcjonera Michała Probierza w reprezentacji Polski; w założeniu miał nie tylko pomagać szkoleniowcowi najważniejszej drużyny w kraju, ale również obserwować potencjalnych przyszłych kadrowiczów – przyp. aut.). Muszę Sebka wypytać, tak żeby mi wszystko wyśpiewał, jak to w rzeczywistości było (uśmiech).

Rozmawiamy na boisku w Chybiu z okazji meczu charytatywnego dla Ryszarda Stańka. Jego los pokazuje, że wszystko może się zmienić, nic nie jest na zawsze. Przeszedł udar, leczenie jest kosztowne… Zdecydował się pan przyjechać na Śląsk, żeby zagrać w tym spotkaniu. Jak pan odbiera chorobę kolegi?

– Jestem tu, bo nasze losy przecinały się wielokrotnie. Graliśmy razem w Legii, ale graliśmy też razem w reprezentacji młodzieżowej. Ta olimpijska drużyna, która zdobyła potem srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, tworzyła się przez co najmniej trzy lata. Z Ryśkiem byliśmy w jednym pokoju na zgrupowaniach, przeszliśmy długą ścieżkę selekcji. Na igrzyska mogło pojechać 22, a chciało – i było obserwowanych ponad stu. Ale muszę przypomnieć, że z Ryśkiem miałem też okazję grać wspólnie choćby w Lidze Mistrzów! Wiele się działo, to był mój przyjaciel z tamtych lat. Potem, jak to w życiu, nasze drogi się trochę rozeszły, już nie było tych wspólnych zgrupowań, obozów i meczów... Jednak pamięć o tamtych dniach została, dlatego nie mogło mnie na takim meczu, organizowanym z takiej okazji, zabraknąć. Teraz, gdy witałem się z Ryśkiem przed meczem, zastanawiałem się, czy mnie będzie pamiętał. Ma problem ze wzrokiem, ale jednak mnie rozpoznał (uśmiech). Kiedyś nie był zwolennikiem takich spotkań, ale cieszę się, że jakby się przełamał... Wiadomo, że wszyscy pamiętali go z boiska jako świetnego piłkarza, więc nie jest łatwo publicznie pokazać się w trochę gorszej formie, to zawsze jest wyzwanie. Dlatego cieszę się, że tu jestem, razem z nim. Pamiętajmy, że zdołał wyjść już z bardzo trudnych momentów, Julita (żona Ryszarda Stańka – przyp. aut.) opowiadała, że z tą sepsą było już bardzo źle… Dobrze, że tę chorobę przezwyciężył i że wrócił przynajmniej do takiego zdrowia, w jakim jest teraz.

Fajnie, że do Chybia przyjechało tak wielu piłkarzy z reprezentacji olimpijskiej.

– To prawda, udało się, większość z nas jest! Z doświadczenia wiem, że gdy umawiam się z rodziną w kilka osób, to ciężko znaleźć satysfakcjonujący wszystkich termin. A tym razem przyjechało prawie 20 osób, to imponujące. Fajnie, że dopisali też nasi koledzy i przeciwnicy z reprezentacji Śląska oldbojów, graliśmy razem w ekstraklasie. Taki Bogdan Pikuta: gadaliśmy, widać, że jest w formie. A ja? Biegam sobie dwa razy w tygodniu, żeby się lepiej czuć, ale nie mam już czucia piłki, więc każdy występ to tak naprawdę dla mnie porażka (uśmiech). Nie czuję tego. Musiałbym z miesiąc poświęcić na prawdziwy piłkarski trening, żeby znowu to poczuć…

Rozmawiał Paweł Czado

Koledzy i przyjaciele w Chybiu

Na mecz charytatywny, który odbył się na boisku klubu Cukrownik, którego Ryszard Staniek jest wychowankiem, przyjechali następujący koledzy z drużyny olimpijskiej: Aleksander Kłak, Tomasz Wałdoch, Marek Bajor, Marek Koźmiński, Piotr Świerczewski, Dariusz Gęsior, Jerzy Brzęczek, Dariusz Koseła i Tomasz Wieszczycki. Na trybunach był Grzegorz Mielcarski, ale nie zagrał. Zespół uzupełnili koledzy Stańka z czasów wspólnej gry w drużynie juniorów Odry Wodzisław: Dariusz Pawłowski, Leszek Małyszczak, Piotr Dróżdż i Piotr Stepczuk. Z kolei w drużynie rywali wystąpili m.in. Bogdan Pikuta, Radosław Gilewicz, Jan Woś, Piotr Polczak, Ireneusz Jeleń, Marcin Radzewicz, Marcin Polarz i Dariusz Dudek.