Jestem w fan klubie Mai
Rozmowa z Kamilem Syprzakiem, obrotowym Paris Saint-Germain i reprezentacji Polski, a także koneserem tenisa i sympatykiem Mai Chwalińskiej
Kamil Syprzak nie krył radości z awansu Mai Chwalińskiej do finału wielkiego szlema. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
Co roku można pana spotkać na obiektach Rolanda Garrosa. Można więc powiedzieć, że obrotowa gwiazda reprezentacji i europejskiego handballu, a także świeżo upieczony mistrz Francji, jest koneserem tenisa ziemnego...
- Proszę nie nazywać mnie mistrzem, bo jedyną mistrzynią jest Maja Chwalińska. Jej należą się ogromne gratulacje, bo to, co się w czwartek wydarzyło w Paryżu, było po prostu nie do opowiedzenia. Nie do opisania!
Oglądał pan półfinał w boksie naszej mistrzyni. Co pan widział z tak eksponowanego miejsca. Jaka panowała w nim atmosfera?
- Fantastyczna! Stworzył się tam mały fan klub Mai. Był bardzo zatłoczony. Była cała familia, przyjaciele, wszyscy wspólnie staraliśmy się Maję dopingować najmocniej jak potrafimy. Pozwoliliśmy też sobie na kilka krótkich rozmówek. Rozmawiałem między innymi z jej sympatycznymi rodzicami. Tata Mai przez parę lat grał profesjonalnie w piłkę ręczną, więc świetnie nam się rozmawiało, mieliśmy wiele wspólnych tematów. Maja wywodzi się ze sportowej rodziny i widać na korcie, że ma w sobie to coś, ten sportowy dryl.
Trybuny też były za Polką. Widownia na koniec zgotowała Mai owację na stojąco...
- Na półfinale było wielu Polaków i mnóstwo polskich flag. Doping był fantastyczny. Serca rosną, bo tworzy się kolejna historia polskiego tenisa. Kolejna polska tenisistka, po Idze Świątek, zagra w finale Wielkiego Szlema. To się dzieje naprawdę!
Jako sportowiec top level brał pan udział w mnóstwie spotkań, które były „na żyletki”. Gdzie jedna bramka decydowała o zwycięstwie lub trzeba było mecz zremisować, zdobyć kolejne punkty, osiągnąć zamierzony cel, by gdzieś awansować...
- Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak wielki spokój Maja zachowuje. Podziwiam nie tylko to, jak jest opanowana na korcie, ale i jak mocno stąpa obiema nogami po ziemi. To jest wypracowane, to jest charakter. Myślę, że w przyszłości będzie to jej duża przewaga nad innymi tenisistkami.
W meczu z Dianą Sznajder byliśmy świadkami takiej właśnie fascynującej historii, gdzie Maja w tie-breku przegrywała już 2:4 i nagle odwróciła jego losy, zdobywając 5 punktów z rzędu.
- Z własnego doświadczenia wiem, co znaczy zachować zimną krew. W takich momentach zdecydowanie decydują detale, niuanse. Musisz to zrobić, jeśli myślisz o wygranej. Ale trzeba również podkreślić, że w trudnych momentach doping kibiców jest bardzo potrzebny, a w paryskiej hali był on po prostu wspaniały. Polscy kibice stanowili większość i jestem przekonany, że wsparcie trybun pomogło Mai w odniesieniu wielkiego sukcesu. Koniecznie chcę dodać, że mecz był fantastycznym widowiskiem.
Widzimy się na finale?
- Spróbuję być. Nie wiem jednak, czy mi się uda, ponieważ w sobotę gramy ostatni ligowy mecz w Paryżu z Tremblay. Jeżeli godziny się nie pokryją, to możecie być pewni, że będę obecny na finale. Postaram się to ogarnąć. A jeśli się nie uda, to będę ściskał mocno kciuki za Maję!
Wysłuchał Zbigniew Cieńciała
