Janka szukanie, burzenie, budowanie

BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk

Ten międzyświąteczny czas mam nadzieję, że (przynajmniej) dla większości z nas pogodny i pełen ciepła – jest dobrą okolicznością, by pochylić się nad tym, co w sportowym życiu jest sympatycznego, imponującego, skutecznego. A konkretniej: nie co, a kto, a jeszcze precyzyjniej – nad trenerem Górnika Zabrze, Janem Urbanem.

Znamy się długo, od momentu jego przeprowadzki z Zagłębia Sosnowiec do Górnika Zabrze. Przez lata jeździłem na praktycznie każdy mecz tego klubu. Aczkolwiek ominęła mnie fascynująca przygoda, czyli walka jak równy z równym z Realem Madryt w 1988 roku (nałożyła się ona na urlop, który wziąłem po igrzyskach olimpijskich w Seulu). Ta przygoda wiązała się z przegranym pierwszym meczem na Stadionie Śląskim 0:1 oraz porażką w rewanżu w Madrycie 2:3; przy czym do 77 minuty Górnik prowadził 2:1 po bramkach Piotra Jegora i Krzysztofa Barana. Trenerem Realu był wtedy Leo Beenhakker, a miał w składzie takich asów jak m.in. Emilio Butragueno, Hugo Sanchez, Manolo Sanchiz czy Paco Llorente, którzy mieli olbrzymi wpływ na to, że Real ostatecznie Górnika wyeliminował.

Jan Urban oczywiście był w składzie Górnika i być może właśnie wówczas został zauważony przez hiszpańskie kluby. W każdym razie niespełna rok później wylądował w Osasunie Pampeluna. I w niej, dokładnie 30 grudnia 1990 roku, zanotował najbardziej spektakularne osiągnięcie, wbijając... Realowi Madryt na jego stadionie trzy bramki i notując przepiękną asystę przy bramce na 4:0. Takim też wynikiem zakończył się ten mecz. W Pampelunie do dzisiaj go wspominają jako jedno z najpiękniejszych zdarzeń w historii tego klubu; czy ktoś się dziwi?

Po zakończeniu kariery – zwieńczył ją oczywiście w Górniku – uczył się krok po kroku trenerskiego fachu. Tę szansę dała mu najpierw Osasuna, gdzie pracował z dziećmi i młodzieżą, przy czym trudno odejść od konstatacji, że oto wybitny piłkarz o wyjątkowej technice zajmuje się tymi, którzy dopiero wkraczają w sportowe życie. Działo się więc w Hiszpanii coś, co byłoby bardzo cenne z polskiego punktu widzenia, a co niestety nie ma u nas miejsca: dobrzy (bardzo dobrzy) niegdyś piłkarze z zasady z dziećmi i młodzieżą nie pracują, a przecież, jeśli się uczyć, to u (od) mistrzów, a nie czeladników. Być może w następstwie m.in. tego polskie kluby są w takim, a nie innym miejscu europejskiej hierarchii, coraz bardziej tracąc dystans, nawet nie do elity, a do tych, co sytuują się dość daleko za nią. A okazja do spotkań z takim rywalem, jak Real, nadarza się sporadycznie, no i wynik jej właściwie z góry jest przesądzony.

W sumie Jan Urban miał inne zawodowe ambicje, szybko też zyskał sobie bardzo silną pozycję w polskiej piłce klubowej. Pracował z powodzeniem m.in. w Legii i Lechu, zdobywając z nimi najważniejsze trofea w polskiej piłce. Ale bodaj najlepiej świadczy o jego szkoleniowych umiejętnościach praca w Górniku Zabrze. Co tu dużo mówić praca mało komfortowa z co najmniej dwóch zasadniczych przyczyn: nieustanne kłopoty organizacyjne (to taki tam eufemizm oznaczający, że brakuje kasy) oraz konsekwencje tego w postaci fluktuacji zawodników. Mówiąc prostszym językiem: kto się wyróżni(ał), ten opuszcza(ł) Górnika. Praca Urbana kojarzy się zatem z hasłem legendarnej śląskiej grupy muzycznej SBB – szukaj, burz, buduj (choć w istocie skrót ten oznaczał Silesian Blues Band).

Innymi słowy, w Górniku pod Urbanem jest tak, że z początkowego chaosu i mgławicy prędzej czy później wyłania się godny podziwu, konkretny kształt, groźny dla rywali. A potem – zwykle na koniec sezonu – rozpada się on. Tak z zadziwiającą regularnością dzieje się od 2021 roku, czyli od początku jego pracy na Roosevelta, z nieszczęsną przerwą na eksperyment z Bartoshem Gaulem, który omal zakończył się degradacją. Na szczęście w Górniku w porę poszli po rozum do głowy i z Urbanem się przeprosili.

Nie ulega wątpliwości, że od dłuższego czasu jest on najważniejszą postacią Górnika. Bo jest profesjonalny, skuteczny, sympatyczny. Tylko na jak długo wystarczy mu cierpliwości i nerwów, by pracować w tych średnio komfortowych warunkach, w takich, w których wciąż od nowa trzeba szukać, burzyć, budować...

Powiadają, że „polowanie” na niego już się zaczęło...