Jak rollercoaster
To był finał, o którym będziemy opowiadać latami.
Michał Kolenda po meczu dziękował rywalom za niesamowitą finałową rywalizację. Fot. PAP/Leszek Szymański
To były jedne z najlepszych finałów w ostatniej dekadzie. Było w nich wszystko – emocje, dramaturgia, walka do końca i mnóstwo zwrotów akcji. O tym, kto zdobędzie mistrzostwo, musiał zadecydować siódmy mecz w Warszawie. W tym decydującym starciu Legia pokonała Zastal 78:70 i zdobyła złoty medal.
Legia potrafiła obronić tytuł. Udowodniła, że jest naprawdę mocna. - Rośnie nam nowa dynastia - powtarzają eksperci.
- Moją rolą jest stworzyć warunki do pracy i nie wtrącać się - komentował podstawy sukcesu prezes warszawskiego klubu, Jarosław Jankowski.
Estoński patent na złoto
Patent na tytuły zdaje się mieć Heiko Rannula. Estończyk zdobył pięć kolejnych mistrzostw - trzy w swoim kraju i dwa w Polsce z Legią. – To złoto smakuje naprawdę wyjątkowo, tym bardziej że to był dla nas bardzo trudny sezon. Drużyna z Zielonej Góry wykonała znakomitą pracę i postawiła nam twarde warunki, szczególnie w tym przedostatnim meczu, który wyrwała w samej końcówce. Energia, jaką dawali nam kibice w Warszawie podczas każdego spotkania, a zwłaszcza w tym decydującym, była po prostu niesamowita. Fakt, że siódme starcie graliśmy w stolicy, okazał się naszym kluczem do mistrzostwa – powiedział Rannula.
Młokosy, którzy stali się facetami
Kopciuszek z Zielonej Góry okazał się objawieniem sezonu. Ta drużyna sezon zasadniczy zakończyła na odległym, ósmym miejscu, musiała się przedzierać przez fazę play in, w ćwierćfinałach ograła byłych mistrzów i wiceliderów tabeli ze Szczecina. - Z tych młokosów na początku sezonu sztab szkoleniowy zrobił na koniec prawdziwych facetów. Czapki z głów przed tym zespołem - chwalił Zastalowców Tomasz Jankowski, były reprezentant Polski, obecnie komentator.
Trener Arkadiusz Miłoszewski wykonał w Zielonej Górze niesamowitą pracę. – Na gorąco na pewno czujemy niedosyt. Kiedy jednak opadną emocje ocenimy ten sezon jako duży sukces. Jako trener czuję, że coś tracę. Odchodzi wspaniały zespół, z którym praca była czystą przyjemnością. Już teraz wiemy, że w przyszłym roku nie zagramy w tym samym składzie. Chciałbym zatrzymać wszystkich zawodników, ale to niemożliwe. Tracę coś ważnego i jako człowiek, i jako szkoleniowiec. Powiedziałem chłopakom w szatni, że byłem z nimi na sto procent, do samego końca. Wielka szkoda – podkreślał trener Zielonogórzan.
Gwiazdy na zakręcie
Indywidualnie ta seria była dla graczy prawdziwym rollercoasterem – rzadko kto potrafił utrzymać równą formę od pierwszego do siódmego meczu, a liderzy zaliczali spektakularne wzloty i bolesne upadki. Najlepszym tego przykładem był Carl Ponsar. Francuski skrzydłowy Legii zaliczył znakomity występ w meczu numer trzy, kiedy zanotował 22 punkty, 13 zbiórek i wykręcił kosmiczny wskaźnik efektywności EVAL 32. Ten sam Ponsar w decydującym meczu numer siedem całkowicie jednak zgasł, trafił 1 z 7 rzutów z gry, zdobywając zaledwie 2 punkty. Nierówno grali też Andy Mazurczak czy Conley Garrison, ale asysty tego pierwszego i niewiarygodne trafienie równo z końcową syreną tego drugiego przejdą do historii.
Tytuł MVP przypadł Andrzejowi Plucie. Rozgrywający Legionistów w meczu numer dwa zdobył 27 punktów, dodając do tego 9 asyst. W dwóch spotkaniach finałów kadrowicz nie dał rady osiągnąć 10 oczek, pudłując przy tym niemiłosiernie. Jednak to on jako jeden z niewielu utrzymał nerwy na wodzy w siódmym meczu, gdzie jego 15 punktów przypieczętowało tytuł. To zapewniło mu statuetkę dla MVP.
- Czuję satysfakcję. Robota skończona! - mówił po meczu Pluta. - Od samego początku mieliśmy wiarę w sukces. Ta wygrana pokazała z jakich ludzi nasza drużyna została stworzona - podkreślał.
Wszystko wskazuje, że niedzielne spotkanie było dla Pluty ostatnim w naszej lidze. Nieoficjalnie mówi się, że jest już dogadany z jednym z klubów ligi hiszpańskiej.
(pp)
