Jak ja im zazdrościłem!
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Od małego (albo lepiej – już za bajtla) bardzo nie lubiłem okresu kiedy kończyła się jesień na ligowych boiskach. Pod koniec lat 80. i na początku kolejnej dekady co dwa tygodnie biegałem na stadion Szombierek, by w gronie tysiąca podobnych do mnie narwańców dopingować „Zielonych” - niezależnie od tego, czy grywali (rzadziej) w pierwszej, czy (częściej) w drugiej lidze. W końcówce listopada obiekt przy Modrzewskiego, którego nigdy nie pokochali ci, którzy choć raz odwiedzili dawny „hasiok” w cieniu KWK Szombierki, pamiętający czasy olimpijczyków: Krasówki, Sobka czy Banisza, na cztery miesiące zapadał w sen zimowy. O powszechności podgrzewanych muraw nikomu się wówczas nie śniło: jedyna (?) w tym okresie w kraju funkcjonowała wówczas w Rybniku. Świadomość, że na kolejne piłkarskie emocje z udziałem ówczesnych idoli: Zenka Lisska czy Bogusia Cygana (świeć, Panie, nad ich duszami...) trzeba będzie czekać do połowy marca, bo dopiero wtedy wznawiano rozgrywki o punkty, była wyjątkowo bolesna.
Mniej więcej w tej epoce zaczęły do Polski – via raczkującą wciąż, ale coraz popularniejszą telewizję satelitarną; na rodzimych szaroburych osiedlach dogorywającego PRL-u rozkwitać zaczęły talerze anten – docierać obrazy prosto z RFN. DSF była w okresie zimowym chyba najchętniej oglądaną stacją zagraniczną (no, może poza późnowieczorną „różową serią” w RTL...). Wszystko za sprawą wielogodzinnych transmisji z piłkarskich turniejów halowych. Trybuny gromadziły... tylu widzów, na ile pozwalała pojemność danego obiektu (w Dortmundzie – nawet i 20 tysięcy). Widownia zawsze była pełna, a kolejne miliony, stęsknione boiskowych emocji (w Bundeslidze w owym okresie przerwa zimowa trwała dwa miesiące), siadały przed ekranem, napędzając tym samym reklamowy biznes telewizyjnych stacji. Pod ów fenomen szybko podpięła się nawet DFB. Objęła patronatem rozgrywki, nadając mu rangę oficjalne halowego Pucharu Niemiec!
Jak ja wtedy zazdrościłem tym, co mogli oglądać na żywo owe turnieje... Nie będę ściemniać, że – zwłaszcza w pierwszych latach tych rozgrywek – śledziłem je uważnie; nie zawsze kumpel z bloku, który miał satelitarny talerz na balkonie, był akurat w domu w czasie transmisji. Z ciekawością jednak czekałem na wieści o występach... polskich drużyn w tych rozgrywkach. Najpierw był Widzew, potem GKS Katowice. GieKSiarze potrafili nawet przywieźć z jednego z takich turniejów puchar za końcowy triumf. Choć momentami wyglądali jak ubodzy krewni zachodnich ekip. O specjalnym obuwiu na sztuczną murawę mogli jedynie pomarzyć, wynikały z tego zabawne momenty. „Gdy w pewnym momencie Marek Biegun kopnął silniej piłkę, zerwała mu się z nogi tenisówka. Kamera na ogromnym telebimie przez kilkadziesiąt sekund w kółko pokazywała potem, jak leci pod sufit i spada. Ludzie się pokładali ze śmiechu, a było ich w tej hali ze dwanaście tysięcy!” - wspominał legendarny maser z Bukowej, Wojciech Spałek. Sam turniej akurat dla śp. Jana Furtoka miał istotne znaczenie: dzięki tytułowi wicekróla strzelców w tej imprezie trafił do notesów futbolowych agentów w Niemczech i kilka miesięcy później spełnił marzenia o zagranicznym transferze!
Skąd ta halowa refleksja – spytacie? W drugiej połowie lat 90. „Sport” - jako współorganizator - przez parę lat powtarzał w „Spodku” niemiecki sukces halowego grania. Po ćwierć wieku powrót do tej pięknej piłkarskiej zabawy zaproponował Grzesiu Górski. Dokładnie za tydzień – kolejna jej odsłona. Fajnie, że już nie muszę na odległość zazdrościć tym, którzy tam. Też się wybieram i... zapraszam wszystkich, którzy piłkę kochają!
