Jak długo jeszcze?

Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek

Generalnie nie lubię generalizowania, wręcz denerwują mnie stereotypy. Dlatego teksty, że najlepsze co cię może spotkać w Sosnowcu, to autobus do Katowic i cała seria złośliwości na tę nutę wyszydzającą mieszkańców stolicy Zagłębia Dąbrowskiego mnie nie śmieszy. Niemniej wszelkie uprzedzenia mają swoje pewne źródła i skądś się jednak wzięło to, że akurat wspomniany Sosnowiec i Radom zbierają w naszym kraju przede wszystkim pejoratywne konotacje.

Radom tym razem zostawiamy, będzie o Sosnowcu. A ściślej - o niebezpiecznej mieszance wyrosłej z potrzeby ciągłego leczenia kompleksów oraz dmuchania balonika zdecydowanie ponad miarę. Sosnowiec może się pochwalić jednym z najlepszych - a zaryzykuję, że w tym momencie najlepszym - w Polsce kompleksem sportowym, łączącym nowoczesny stadion piłkarski, halę oraz stadion zimowy. Wszystko pachnące nowością, funkcjonalne i skupione w jednym miejscu. Gdzie wady? Ano areny są, tylko kibicować nie ma komu (wprost odwrotnie proporcjonalnie jak w mojej Częstochowie)… Wielką (na pewno większą) piłkę w Sosnowcu można zobaczyć, gdy na Ligę Konferencji przyjedzie Raków, trochę gorszą przy okazji meczów Wieczystej. Ligę Mistrzów w siatkówce z kolei dzięki grze Aluronu Zawiercie. Hala stała się w ostatnim czasie również domem koszykarskiej reprezentacji, ale wszystko to sprowadza się do jednego wspólnego mianownika – to nie są „nasi” – z perspektywy mieszkańców Sosnowca patrząc.

Piłkarskie Zagłębie od lat jest symbolem nieudolnego zarządzania, wyników w żaden sposób nieidących w parze z wielkimi nakładami finansowymi, oczekiwaniami czy potencjałem kibicowskim. W zaistniałej sytuacji jedyne nadzieje na sukces wiązane są z hokeistami, ale to też dopiero od obecnego sezonu. Tam o sukces jest dużo prościej, bo z racji posuchy hokeja w kraju nad Wisłą wystarczą do niego zdecydowanie mniejsze nakłady finansowe. W ostatnich dniach grudnia ubiegłego roku pojawiła się szansa odniesienia (w końcu) sukcesu – hokejowe Zagłębie zagrało w turnieju finałowym Pucharu Polski w Krynicy-Zdroju. Po efektownym wyeliminowaniu w półfinale w teorii najgroźniejszego rywala, czyli GKS-u Katowice, w finale z Jastrzębiem miało być już z górki. Jak wielkie było pragnienie sukcesu w Sosnowu najlepiej obrazuje fakt, że fani Zagłębia wykupili niemalże połowę dostępnych biletów na oba spotkania, a ci, którzy nie mogli sobie pozwolić na pojechanie do uzdrowiska, mieli możliwość kibicowania w specjalnie zorganizowanej strefie kibica w swoim mieście!

Jak to jednak najczęściej w tego typu sytuacjach bywa, napompowany do granic możliwości balonik pękł z wielkim hukiem – i nie ma tu znaczenia czy do finałowej przegranej przyczynił się błąd sędziowski, tak mocno artykułowany przez wszystkie osoby związane z Zagłębiem, ale niepotwierdzony powtórkami z kamer. Frustracja zawodników, którzy wywołali na lodzie dawno nieoglądaną na naszych taflach bójkę, oraz kibiców, którzy na lód wyrzucili tyle butelek i monet, ile byli w stanie przerzucić przez umiejscowioną za bramkę siatkę, wymknęła się spod kontroli (miejscowa obsługa techniczna chwaliła mi się po meczu, że zebrano z lodu ponad 50 złotych w bilonie). Żal i poczucie skrzywdzenia po meczu były ogromne – Sosnowiec znów obszedł się smakiem. 

Jak długo jeszcze…?

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się