Ishak potrzebuje, by go czasem ktoś wyręczył
Rozmowa z Bartoszem Bosackim, byłym reprezentantem Polski, wychowankiem Lecha, mistrzem i zdobywcą Pucharu Polski w jego barwach
Każdy z „trzech muszkieterów” na fotce ma predyspozycje do tego, by – jak tego chciałby Bartosz Bosacki – głośniej krzyknąć na kolegów. Od lewej: Mikael Ishak, Antoni Kozubal i Joel Pereira. Fot. Tomasz Folta / Press Focus
Lechici właśnie odlecieli „w ciepłe kraje”, do Abu Zabi. A ja pana spytam, jak się panu podobała runda jesienna w wykonaniu obrońców tytułu?
- Nastroje w Poznaniu są dalekie od euforii. U mnie też... Ale widzę pewne plusy. W Lechu – powtarzałem to od wielu lat – zachwiany był balans, jeśli chodzi o proporcje między Polakami a obcokrajowcami. Tych pierwszych jesienią pojawiało się na szczęście nieco więcej niż wcześniej. Cieszy, że są wśród nich wychowankowie akademii. Widać to było zwłaszcza w defensywie, gdzie grali Michał Gurgul, Wojtek Mońka i Mateusz Skrzypczak. Grali częściej bądź rzadziej, ale z reguły jak już wskoczyli do składu, to już w nim zostawali.
W środku pola dowodził Antek Kozubal...
- … tak jest, dużo szans dostawał też nieco starszy od nich Filip Jagiełło. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jak tych „swoich” bywało więcej na boisku, to Lech miał nieco lepsze wyniki.
Ciekawa teza!
- Chodzi o to, że oni lepiej znają miejscowe realia; lepiej czują to, jak ważnym klubem dla Poznaniaków – ale i w całej Polsce – jest Lech. To buduje atmosferę, bez której – co pokazała reprezentacja w minionym roku – wyników być nie może. A kiedy atmosfera jest, to chłopaki „jeżdżą na tyłkach”, nawet jeśli przez moment o coś się pokłócą. Potrzebny jest w drużynie i na boisku ten „nerw”, biorący się z przywiązania do klubowych barw. Końcówka roku pokazała, że jakość gry Lecha wcale nie musi cierpieć na większej liczbie „swoich” w składzie. To nieźle rokuje na przyszłość, bo wiem, że „na backstage'u”, w najstarszych rocznikach akademii, nie brak utalentowanych graczy, mocno aspirujących do szerokiej kadry ligowej.
Przy obecnym potencjale kadrowym – polskim i zagranicznym – Lech powinien mieć nie 26 punktów, a pewnie z 10 więcej; zgodzi się pan?
- Cóż, Lech ma w tym sezonie trochę szczęścia, że tabela jest bardzo spłaszczona i do lidera – mimo stosunkowo skromnego dorobku – traci niewiele. Miałem wrażenie, zwłaszcza u początku sezonu, że zbyt łatwo przechodzono do porządku dziennego nad stratami punktów w lidze; na zasadzie „to się jeszcze odrobi”. Brakowało mi – przez całą rundę zresztą – takiej sportowej złości, kiedy coś nie wychodziło.
Chce pan powiedzieć, że brakowało w klubie kogoś, kto wziąłby cały zespół „za łeb” i nim potrząsnął?
- Nie tyle w klubie, co w samej szatni. Kogoś, kto sprawiłby, że takie wpadki, jak na Gibraltarze, nie mają prawa się zdarzyć, bo one – wbrew pozorom – bardzo mocno wpływają też na ligę; zaburzają atmosferę w zespole, podważają wiarę w samego siebie. Gdyby dziś Raków czy Jagiellonia miały nie trzy, a kilka punktów przewagi nad Lechem, powiedziałbym, że będzie ciężko powalczyć o obronę tytułu. Natomiast – niczego nie ujmując Wiśle Płock czy Górnikowi, bo się te kluby rozwijają i być może dobry wynik dowiozą do końca sezonu – przy obecnym układzie tabeli widzę spore szanse Lecha.
Kapitanem jest Mikael Ishak. Mam wrażenie – może mylne – że to jest człowiek, który potrafi podnieść głos, dać dobry przykład. Słowem – szarpnąć zespołem, gdy tego potrzeba...
- Ja nie mówię, że to akurat musi zrobić Ishak. W drużynie powinny być trzy-cztery takie osoby, które dźwigają ciężar odpowiedzialności i mobilizacji zespołu, nawet gdy kapitana nie ma na boisku. Trochę po tej zielonej trawie pobiegałem i obserwuję uważnie reakcje całej drużyny w momentach, gdy nie idzie. Zawodnicy odwracają się, wracają na swoje pozycje i po prostu grają dalej. A gdyby był ktoś, kto w takich momentach krzyknie głośniej, jednego popchnie, innego poklepie po plecach – bo różni gracze potrzebują różnych form mobilizacji – to pewnie gra w poszczególnych meczach byłaby lepsza przynajmniej o pięć procent. A te pięć procent potrafi wiele zmienić w końcowym wyniku!
Kozubal może być takim liderem?
- Myślę, że taki Antek może mieć lepszy kontakt z młodzieżą w drużynie, niż Ishak. Prawdę mówiąc, to też jest swego rodzaju test, jak funkcjonuje zespół, kiedy młodszy może krzyknąć na starszego i ten starszy to uszanuje. Wspominałem ostatnio, jak pożarłem się na murawie z młodszym o ponad dziesięć lat Robertem Lewandowskim, a potem wszystko sobie wyjaśniliśmy w szatni i nikt do nikogo pretensji nie miał. Taki Ishak – niezależnie od swej klasy i pozycji w drużynie – czasami potrzebuje, by ktoś go wsparł, albo wręcz wyręczył. I musi też wiedzieć, że jeżeli sam coś zrobi źle, ktoś w zespole się odezwie.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Bartosz Bosacki Fot. Paweł Jaskółka / Press Focus
