Irlandia jest wielka

„New York, New York” – śpiewano w atmosferze amerykańskiego piekła, gdy odrobina klimatyzacji była na wagę złota.

Koszulka dawno wyblakła i sprana już nie istnieje, ale zdjęcie pozostało. Tego dnia byłem kibicem Rangersów. Fot. Archiwum Wojciecha Filipiaka

AMERYKAŃSKI SEN (CZĘŚĆ 2)

Podróż przez mundialową Amerykę rozpocząłem w połowie czerwca 1994 roku w Nowym Jorku. Nie można było więc zacząć tej przygody inaczej niż od meczu Włochy – Irlandia w tymże mieście. Jej kresem miał być finał w Los Angeles. Widziałem na żywo 11 meczów (z 52) na pięciu (z dziewięciu) stadionach – więcej widzieli... koledzy w redakcji, bo przecież na miejscu drugiego spotkania tego samego dnia nie dało się obejrzeć nawet w telewizji. Głównie w hiszpańskojęzycznej, bo amerykańskie stacje nie zanudzały widzów obcym jeszcze wówczas w USA i pogardzanym „soccerem”.

Nie mam wujka w Ameryce

„Dzień meczowy” – dla mnie w Nowym Jorku, Waszyngtonie, Bostonie, San Francisco i Los Angeles – to przede wszystkim wielogodzinne dojazdy na stadiony, a potem przygotowanie i wysyłanie materiałów do redakcji. Spośród wymienionych wyżej miast tyko Waszyngton faktycznie gościł mistrzostwa. Umowny Nowy Jork to faktycznie East Rutherford w stanie New Jersey. Na szczęście mecze nie odbywały się w danym mieście każdego dnia i było sporo czasu na zwiedzanie. Niezwykłym przeżyciem była wizyta w muzeum emigracji na Wyspie Ellis, pokazujące historię zasiedlania Stanów Zjednoczonych. W archiwum odnotowana jest każda osoba przypływająca z Europy, a listę kilku milionów nazwisk można było obejrzeć na mikrofilmie. Teraz pewnie jest dostępna w sieci i nie musiałbym jechać aż do Nowego Jorku, by upewnić się, że żadnego wujka w Ameryce nie mam, niestety.

Nie ukradnę aparatu

Trzy dni przed rozpoczęciem mistrzostw zakończył się play-off hokeistów o Puchar Stanleya. Finałowy mecz odbywał się akurat tego wieczora, gdy lądowałem na lotnisku w Nowym Jorku, ale dwa dni później oglądałem na żywo paradę zwycięzców na Wall Street (tam gdzie giełda), ubrany w kupioną na tę okazję koszulkę z napisem, sławiącym sukces Rangersów, którzy w finale pokonali rywali z Vancouver i zdobyli Puchar Stanleya po raz pierwszy od 54 lat. Poprosiłem jednego z widzów o aparycji maklera giełdowego, by zrobił mi zdjęcie. „Pamiętaj, kolego, nie dawaj aparatu obcemu w Nowym Jorku, bo na pewno z nim zwieje. Ale dzisiaj wszyscy jesteśmy szczęśliwi, zrobię ci to zdjęcie i nie ucieknę z aparatem” – powiedział z uśmiechem. Mistrzowska parada odbywała się na samym „dole” Manhattanu, tam gdzie zaczyna się Broadway. Tak się złożyło, że mieszkałem później w wynajętym pokoju na górnym Manhattanie i osobiście mogłem sprawdzić, jak długi jest Broadway: przecina go 220 ulic, a ostatni dom ma numer 5134.

Zaskoczony Żyrafa

Już wtedy „Stadion Gigantów” nie był obiektem nowym, bo powstał w roku 1976, a o tym, że powstał na podmokłych łąkach (stąd używana też nazwa Meadowlands), świadczyły specjalnie zachowane i pielęgnowane kępki tataraku wokół niego.

Gigantyczny stadion Giantsów już nie istnieje. Zburzono go w 2010 roku, budując tuż obok MetLife Stadium, na którym odbędzie się finał tegorocznego mundialu. Fot. JazzyJoeyD/Wiki Commons

– Nie wiedziałem, że Irlandia jest tak bogatym krajem, by mogło przyjechać na mecz kilkanaście tysięcy ludzi – mówił po wygranym 1:0 z Włochami meczu Jack „Żyrafa” Charlton, trener Irlandczyków. Oceniano, że na meczu było około 50 tysięcy Irlandczyków, a Włochów – tylko około 20 tysięcy, chociaż w Nowym Jorku mieszka ich bardzo dużo. Nie było więc przesady w tytule kolejnej relacji „Irlandia jest wielka” na pierwsze stronie „Głosu” z 20 czerwca 1994 oraz w zdaniach w tekście: „Byłem przekonany, że na stadionie będzie niebiesko. Było jednak zielono nie tylko dlatego, że grano na trawie. Tak jak niebieskie niebo zginęło w nowojorskim smogu, tak flagi włoskich kibiców utonęły w irlandzkiej zieleni”.

Szybko zrezygnowałem z próby dotarcia do „strefy mieszanej”, bo był w niej taki tłok, że można było obawiać się stratowania przez połączone siły dziennikarskie włosko-brytyjskie – Irlandia była przecież jedynym reprezentantem Wielkiej Brytanii w tych mistrzostwach. Tu przydały się kontakty z prasą brytyjską i włoską dzięki pucharowym meczom Widzewa, a niektórzy koledzy z Anglii i Włoch mieli wręcz wobec mnie dług wdzięczności za pomoc w wywiadach z Bońkiem i innymi widzewiakami. Miałem więc „na wyłączność w Polsce” kilka smakowitych cytatów. – Ray Houghton dziesiątki razy próbował na treningach takiego uderzenie i nigdy mu się nie udawało – mówił na przykład trener Charlton o zwycięskim golu.

100 stopni Fahrenheita

A poza meczem nic mi się na Stadionie Gigantów nie podobało. Przede wszystkim upał był rekordowy. Gdy przed meczem chciałem wyjść z przesadnie klimatyzowanego biura prasowego przed obiekt, by poczuć atmosferę wśród kibiców, Maciej Polkowski z Przeglądu Sportowego ostrzegł mnie: „Nie wychodź, tam jest piekło!” Miał rację, w Nowy Jorku było tego dnia 100 stopni Fahrenheita (około 40 na nasze Celsjusze), czyli cieplej niż w Miami. Miejscowi pocieszali siebie i nas, że w Dolinie Śmierci w Kalifornii zmierzono aż 109. Na widowni był taki sam upał, ale dało się wytrzymać przy VIP-owskich lożach, gdzie przez otwarte drzwi docierał do najbliższych rzędów miły wiaterek pracującej na pełnych obrotach klimatyzacji. Liza Minelli, śpiewając na powitanie widzów i drużyn „New York, New York”, stała na środku boiska otoczona wielkimi dmuchawami, piłkarze nie mieli jednak takiego komfortu. Bardzo długo trwały dyskusje, czy wolno będzie podawać zawodnikom płyny w czasie gry.

Warunki do pracy też nie były najlepsze. Okazało się, że można być milionerem, ale nie zadzwoni się do macierzystej redakcji bez specjalnej karty, którą trzeba było przedtem wykupić. Jerzy Wicherek z Tempa o tym nie wiedział i z dolarowymi banknotami w ręce na darmo błagał o litość gościa obsługującego telefony i faksy. Automat z zimnymi napojami działał na odmianę tylko na monety, których oczywiście szybko zabrakło w obiegu i trzeba było postawić przy nim człowieka, który przyjmował pieniądze.

Co, do McDonalda?!

Rywalizacja grupy E była niesamowicie wyrównana. Wszystkie cztery drużyny (Meksyk, Irlandia, Włochy i Norwegia) zdobyły po cztery punkty i wszystkie miały taką samą różnicę bramek – 0. Nawet większą liczbą strzelonych goli nie dała się przełamać tego remisu: Meksyk zdobył cztery bramki i dlatego wygrał grupę, Norwegia – tylko jedną i odpadła, ale o drugim miejscu zadecydował bezpośredni mecz: właśnie Irlandia – Włochy na początek turnieju. Włosi przeczołgali się do fazy pucharowej z trzeciego miejsca i trudno było się spodziewać, że dotrą aż do finału.

Z Nowego Jorku najbliżej było do Waszyngtonu, dokąd po kilku dniach przeniosłem się, podróżując autobusem kultowej linii „Greyhound”. Tam spotkałem się z kolegami, z którymi później miałem razem podróżować po amerykańskich stadionach – Tomaszem Zimochem i Markiem Wielgusem. Wieczorem chcieliśmy pojechać do centrum miasta na kolację. Po paru dniach mieliśmy już dość chińszczyzny i kuchni indyjskiej w jadłospisie, poprosiliśmy więc taksówkarza, by zawiózł nas do typowej amerykańskiej restauracji. Ten zahamował na środku ulicy: „Co, do McDonalda?” – zawołał z udawanym oburzeniem, ale spisał się na medal, bo doskonale znał miasto. Trafiliśmy do „steak-house’u” z niesamowitymi stekami większymi od talerza. Znajomość tego miejsca przydała się już dwa dni później, ale o tym w następnym odcinku.

Wojciech Filipiak

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się