Inicjatywa obywatelska
Czy wpadka Manchesteru City rozstrzygnęła właśnie losy mistrzostwa Premier League?!
Po remisie z Evertonem Pepowi Guardioli (z prawej) pozostało tylko się przytulić. Fot. PAP / EPA
ANGLIA
To było znakomite widowisko! Wydawało się, że Obywatelom wszystko pójdzie, jak z płatka, gdy do przerwy po – nie oszukujmy się – niespecjalnie intensywnym, jak na wyspiarskie realia, meczu prowadzili 1:0. Everton się jednak nie poddał. W końcu grał u siebie i między 68 a 81 minutą wpakował faworytowi trzy gole! City było w szoku, ale natychmiast wzięło się do roboty. Kontakt złapał Erling Haaland, a już minutę po zakończeniu doliczonego czasu – remis udało się uratować kompletującemu dublet Jeremy'emu Doku. 3:3 po emocjonującej drugiej połowie było świetną rzeczą dla neutralnego kibica – ale fatalną dla kibica City!
Cały misterny plan...
Do końca sezonu Premier League zostały trzy kolejki, ale ekipa z błękitnej części Manchesteru ma jeszcze zaległy mecz z Crystal Palace. Gdyby ograła i Everton, i Palace, oznaczałoby to, że idzie łeb w łeb z liderującym Arsenalem. To sugerowało, że o losie mistrzostwa Anglii będzie decydował bilans bramek! Kanonierzy żyli w permanentnym strachu, bo choć przez większość sezonu przodowali tabeli, to jednak szala delikatnie zaczynała przechylać się na stronę Obywateli. To oni mieli inicjatywę w tej rywalizacji, ale... przytrafił się Everton. I cała inicjatywa w łeb! Obecnie bowiem City traci do Arsenalu pięć punktów i nawet jeśli wygra zaległości z Palace – będzie brakować mu dwóch „oczek”. To dla Kanonierów duży zastrzyk optymizmu, choć oczywiście nie oznaczający, że teraz mogą sobie pofolgować. Wszystko jednak w ich rękach, podczas gdy wcześniej – musieli liczyć sobie bramki z City. Natomiast nawet jeśli Arsenal też się potknie i zaliczy po drodze remis, to w tej chwili ma bilans goli lepszy o cztery.
Poplątany Guardiola
Trener Pep Guardiola nie popadał jednak w pesymizm, choć w nieco poplątanych wypowiedziach po Evertonie wyglądał jak człowiek, który otrzymał bolesny cios. – Trudno wyobrazić sobie lepsze zaangażowanie – pochwalił piłkarzy Katalończyk. – Wiadomość pozostaje jednak taka sama: zostały nam cztery finały i wszystkie musimy wygrać. Lepiej zdobyć punkt niż żadnego punktu. Lepiej wygrać niż zremisować. Wydarzyło się jednak wiele rzeczy, co także miało związek z wymagającym rywalem, jego agresją... Wiem, że wszystko było zarówno w naszych, jak i Arsenalu rękach, a teraz jest już inaczej. Ale teraz czeka nas mecz z Brentford i zobaczymy, co będzie potem – powiedział Guardiola. No właśnie, zaczną od Brentford, które przez większość sezonu utrzymuje się w strefie pucharowej (choć poza Ligą Mistrzów). To będzie mecz dwóch najlepszych „dziewiątek” Premier League – bo Haaland (25 goli) spotka Igora Thiago (22). Potem, w środku tygodnia, spotkanie z Crystal Palace, które w lidze przędzie cienko, ale może będzie wówczas finalistą Ligi Konferencji. Następnie czeka City mecz z Bournemouth (tuż nad Brentford) oraz finisz ze zmierzającą do Ligi Mistrzów Aston Villą. Nie będzie lekko.
Łatwiejsi rywale
Co na to Arsenal? Londyńczycy na pewno są przebodźcowani, bo w całym harmidrze półfinału Ligi Mistrzów z Atletico poślizgnął się ich główny rywal do wyczekiwanego od 2004 roku mistrzostwa Anglii. Kanonierzy mają w Premier League znacznie łatwiejszych rywali – najpierw walczący o utrzymanie West Ham (choć tacy zawsze są nieprzewidywalni!), potem zdegradowane Burnley, no i końcówka z Crystal Palace. – Jeśli wygrają na wyjeździe z West Hamem, to wygrali ligę. Wtedy wszystko będzie już rozstrzygnięte – przekonywał legendarny obrońca Liverpoolu, a dzisiaj ekspert TV Jamie Carragher. – Jeśli przejdą przez to bez szwanku, nic ich nie powstrzyma – dodał inny słynny ekspiłkarz, Michael Owen.
Piotr Tubacki
