Impreza, jakiej świat nie widział

Rozmowa z Radosławem Gilewiczem, byłym reprezentacyjnym napastnikiem, asystentem selekcjonera Jerzego Brzęczka

Zrządzeniem losu będzie do trzech razy sztuka z Oranje? Fot. Mateusz Porzucek/Pressfocus.pl

Gdybyśmy zagrali na mundialu, to nasza grupa jest „do zrobienia”. Chociaż tak zaczynając rozmowę, zdaję sobie sprawę, że Polacy po losowaniu zawsze cieszą się, że są faworytami.

- Jak zawsze. Pamiętam, gdy rozmawialiśmy przed mistrzostwami Europy, mówiąc o Austriakach. Studziłem nastroje, ostrzegając, że są bardzo niebezpieczni. Tutaj również jest niewskazany za duży optymizm, „z góry”, chociażby patrząc na Japończyków. Są ostatnio w bardzo dobrej formie. Chyba nawet z Brazylią wygrali. To bardzo wybiegany zespół, bo mają to w genach. Podobnie agresywność. Akurat ostatnie „słynne” spotkanie z Japonią na mundialu w 2018 komentowałem. W meczu o honor wygraliśmy po golu Jana Bednarka, ale bardziej pamiętamy ostatnie 15 minut, „na wyczekiwanie”. Trzeba się z nimi liczyć, bo to doświadczony, turniejowy zespół, czy w mistrzostwach Azji, czy świata. O Holandii nie ma co się za bardzo rozwodzić, bo wiadomo, jaka jest jakość Oranje. Graliśmy z nimi w eliminacjach do mundialu.

Ale te mecze zakończyły się dwoma remisami...

- To prawda. I jak Janek Urban powiedział Koemanowi, że jak mam cię pokonać, to pokonam cię na mistrzostwach świata. Więc jak trafimy na ten mundial, to do trzech razy sztuka.

Tunezja?

- Wygląda na papierze dosyć słabo, chyba z Irakiem ostatnio przegrała. Ale to jest duży turniej, inne jest granie, więc poczekajmy.

Co było lepsze, losowanie grup mundialu czy ścieżki barażowej o marzenia?

- Barażowa jest trudniejsza. Tutaj, w przeciwieństwie do mistrzostw, gdzie grasz trzy mecze, nie możesz sobie pozwolić na chwile słabości. 31 marca będzie ważniejszy niż pierwszy mecz na mistrzostwach świata. Taka jest prawda. Musimy wygrać z Albanią i pokonać w finale baraży, na wyjeździe, jednego z bardzo niewygodnych rywali z pary Ukraina – Szwecja. Nie chcę gdybać, ale wiadomo, co często mamy z drugimi meczami. Pamiętamy, jak wygrywaliśmy poprzednio ze Szwecją, która się wypruła w pierwszym meczu, a my nie graliśmy z Rosją. Wygraliśmy zasłużenie, ale teraz będzie trzeba trafić ze wszystkim: formą, zdrowiem, grać bez błędów i jeszcze mieć trochę szczęścia.

Dwie „pana” reprezentacje – mam na myśli pana grę w Bundeslidze niemieckiej i austriackiej – miały wyborne losowanie.

- Niemcy? Mega. Oni mają często szczęście. Curacao, Wybrzeże Kości Słoniowej i Ekwador to jest bardzo dobra grupa dla nich. Patrząc na Austriaków, będą mieli przyjemność po 28 latach zagrać z Argentyną i być może będzie to ostatni turniej Leo Messiego. O Algierii bardzo mało wiem, a Jordania jest do „przełknięcia”. Dla kilku z nich to ostatni turniej, jak Arnautović, Alaba,. Nie wiadomo, jaka będzie przyszłość selekcjonera Ralfa Rangnicka. Po turnieju dojdzie do zmiany pokoleniowej, więc na koniec nie powinni narzekać na los.

Skoro było o szczęściarzach, to dwa zdania o pechowcach. Czyli Francji i Anglii z europejskimi przeciwnikami w grupie.

- Patrząc na Anglię, to z Chorwacją i Ghaną stanowią bardzo silne trio do rywalizacji. Panama jest na dostawkę. Patrząc na przeciwników Francji, z Senegalem i Norwegią z Haalandem, to jest wooow! Dla mnie Senegal może być czarnym koniem mistrzostw. Myślę, że jest to najmocniejsza grupa obok też ciekawej grupy: Brazylia, Maroko, Szkocja, Haiti.

Szykowana z wielką pompą ceremonia spełniła chyba oczekiwania? Moim zdanie po tym, co pokazała scena i co zapowiedział prezydent Donald Trump, to amerykańsko-kanadyjsko-meksykański mundial będzie imprezą, jakiej świat jeszcze nie widział!

- Na to wygląda. Prezydent Trump dużo nie widział, jak chodzi o piłkę, czym się futbol je, ale już fakt, że była to chyba najdłuższa ceremonia losowania w historii, jaka była liczba gwiazd sportowych i artystycznych na scenie, daje dużo do myślenia. Oczywiście, było w amerykańskim stylu, był dużo „wowowow”, cieszmy się, jesteśmy najlepsi, ale widowiska potrafią robić. A sportowo, moim zdaniem, pierwsze mecze nie będą wydarzeniami. Będą spokojne. Będzie dużo oszczędzania zdrowia piłkarzy, bo to będzie po sezonie. Niektórzy będą grali z marszu, mam na myśli występujących w Europie, którzy będą mieli po 60-70 meczów w nogach. Granie na maksa zacznie się w fazie pucharowej.

To na koniec, skoro mówimy, że był show, podobało nam się, to z czterech wykonawców: Bocelli, Robbie Williams w duecie z Nicole Scherzinger, Lauryn Hill, a może Village People na zamknięcie z nieoficjalnym hymnem Donalda Trumpa - kultowym „Y.M.C.A.”: co pan wybiera?

- Ale mnie pan zaskoczył! Nie wiem, jak odpowiedzieć. Niech będzie Robbie Williams. Jestem jego fanem, byłem na koncercie w Wiedniu na Praterze. Aha i Heidi Klum jeszcze.

Która także otwierała mistrzostwa świata w 2006 roku w Niemczech...

- Tak jest. Jestem jej kibicem, ale nie mogę tego za głośno mówić, żeby moja żona nie słyszała (śmiech).

Rozmawiał Zbigniew Cieńciała

Radosław Gilewicz

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się