Im dalej, tym lepiej?

Coraz głośniej mówi się, że wkrótce będziemy mieli do czynienia ze skokami na odległość ponad 300 metrów.

Nikt z Polaków nie skoczył dalej od Kamila Stocha. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

Od lat istotą rywalizacji skoczków było osiągnięcie jak najdalszej odległości. Na „chłopski rozum” ten kto skoczy w konkursie najdalej powinien zostać zwycięzcą. Nie zawsze jednak tak jest bo od sezonu 2009/10 wprowadzono „punkty za wiatr” i są do teraz obecne we wszystkich zawodach Pucharu Świata. Pytanie czy jest to sprawiedliwy system? Na pewno jest skomplikowany, utrudniający przeciętnemu widzowi zrozumienie, dlaczego często wygrywa ten, który wcale nie oddał najdalszego skoku. Wytłumaczmy więc na czym polega obecna punktacja skoczków.

Na zeskoku ważne są trzy linie: punkt konstrukcyjny, tak zwany K, rozmiar skoczni (HS) oraz linia bezpieczeństwa - do jej przekroczenia skoczek nie może upaść, aby nie stracić punktów za styl. I teraz składowe końcowej punktacji.

Punkty za odległość.

Za osiągnięcie punktu konstrukcyjnego na mamutach, na których odbywają się loty narciarskie przyznaje się 120 punktów, a na obiektach dużych 60. Za każde pół metra więcej, określona wartość punktowa jest dodawana, a pół metra mniej odejmowana.

Punkty od sędziów.

Pięciu sędziów ocenia skok w różnych fazach, sumarycznie każdy zawodnik otrzymuje od 0 do 20 punktów. Dwie noty - najwyższą i najniższą - odrzuca się, a trzy pozostałe dolicza do punktów za odległość. Punkty są za wybicie z progu, płynne przejście do fazy lotu, odpowiednia pozycja w trakcie lotu i wreszcie za lądowanie.

Punkty za belkę.

W trakcie zawodów sędziowie mogą zdecydować o podniesieniu lub obniżeniu belki startową, zazwyczaj przy zmianach warunków wietrznych. Wtedy zawodnikowi są dodawane bądź odejmowane punkty. Od niedawna również trenerzy mogą poprosić o obniżenie belki, żeby jego zawodnik mógł dostać więcej punktów.

Punkty za wiatr.

I teraz nowinka, która wywołuje najwięcej kontrowersji, a często i podejrzenia o manipulację wynikami. Nie ma jednak raczej do tego podstaw, bo to komputer w trakcie zawodów w skokach narciarskich mierzy siłę i kierunek wiatru w kilku miejscach na skoczni, po czym uśrednione parametry decydują o rekompensacie dla skoczka (przy kiepskich warunkach) lub odjęciu punktów, gdy wiatr był korzystny.

Czy ktoś ma wątpliwości? Okazuje się, że nie brakuje zwolenników, żeby jednak wrócić do podstawowej zasady rywalizacji: szybciej, dalej, wyżej. Bo przecież sport to również element szczęścia i pecha. Jeżeli mu powiało, to po prostu dobrze, jeżeli nie - cóż zrobić... Przypomnę jednak, że zdecydowana większość zawodników i trenerów nie protestuje przeciwko przelicznikowi za wiatr, uważając, że wprowadza jednak element sprawiedliwości.

Ale może ktoś chciałby zabawić się w alternatywną punktację - skoczyłeś najdalej, to jesteś najlepszy. Na pierwszy rzut oka proste, ale przecież w zawodach taką samą odległość uzyskuje po kilku zawodników, być może dostaną taką samą notę sędziowską i co wtedy? Niemniej podejmiemy się w redakcji zabawy w alternatywną punktację, w której liczyć się będzie tylko odległość. Ciekawe jak wtedy wyglądać będzie końcowa klasyfikacja Pucharu Świata.

A skoro już jesteśmy przy odległościach, to napiszmy o rekordach. Oficjalny i uznawany przez FIS wynosi 253,5 metra, uzyskany przez Austriaka Stefana Krafta w 2017 roku w norweskim Vikersund. 23 kwietnia tego roku stało się jednak coś, co poruszyło wszystkich. Japończyk Ryou Kobayashi skoczył bowiem aż 291 metrów, na specjalnie wybudowanej skoczni w Hildarfjall w Islandii. Było to możliwe dzięki współpracy z firmą Red Bull. Dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli i mistrz olimpijski z Pekinu wleciał z prędkością 107 km i przebywał w powietrzu 8 sekund. Co ciekawe wylądował w dobrym stylu telemarkiem.

Ten wyczyn skomentował Adam Małysz, wrzucając przy okazji światowej federacji (FIS) „kamyczek do podwórka”. „Skoki narciarskie w swoim DNA są sportem ekstremalnym i czy to się nam podoba czy nie, rekordy były kwestią czasu. Myślę, że Puchar Świata też może pójść tą drogą, przystosowując mamucie skocznie w bezpieczny sposób do jeszcze dłuższych lotów. To nie jest fajne w FIS, że blokują ten rozwój. Nie unikną przecież tego, że będzie pogoń za odległościami. Oczywiście bezpieczeństwo jest bardzo ważne, ale skoki zaczynają tracić przez to na atrakcyjności i na popularności” - powiedział prezes Polskiego Związku Narciarskiego dla Interii.

A jaki jest najdłuższy skok polskiego skoczka? 25 marca 2017 roku podczas konkursu drużynowego na Planicy Kamil Stoch skoczył 251,5 metra. Drugi wynik ma Piotr Żyła, który też w Planicy dwa lata później skoczył 238 m.


Warto wygrywać

Przypomnijmy ile punktów otrzymuje się za poszczególne miejsca w konkursach. W indywidualnych zwycięzca otrzymuje 100 punktów, kolejne miejsca to odpowiednio: 80, 60, 50, 45, 40, 36, 32, 29, 26, 24, 22, 20, 18, 16, a od miejsca 16. zyski zmniejszają si o punkt od 15 do 1 za 30. lokatę.

W rywalizacji drużynowej 400 pkt dla najlepszego zespołu, a kolejne otrzymują: 35, 300, 250, 200, 150, 100 i 50 dla ósmej drużyny.

Od Wąska do Wellingera

O zestawienie skoczków, którzy powinni dominować w tym sezonie na skoczniach pokusił się dziennikarz TVP Sport. Najwyższe notowania ma Niemiec Andreas Wellinger przed Norwegiem Mariusem Lindvikiem i Austriakiem Stefanem Kraftem.

W TOP 20 znalazło się miejsce dla trzech Polaków: 12. Aleksandra Zniszczoła, 18. Dawida Kubackiego i 20. Pawła Wąska. Jak widać brakuje w tym gronie Kamila Stocha, który ma swój osobisty sztab szkoleniowy z Michalem Doleżalem i Łukaszem Kruczkiem.