Ilość się zgadza, jakość nie
Niedzielna przegrana z Górnikiem (1:3) uwypukliła problem Rakowa, który może zaważyć na całym sezonie, a rozwiązanie go w krótkim czasie wydaje się niemożliwe.
Leonardo Rocha (w środku) ewidentnie w Częstochowie nie może nawiązać do formy z rundy jesiennej. Fot. Ireneusz Wnuk/PressFocus
Efektowna wygrana przed tygodniem z Pogonią Szczecin (2:0) oraz niezła druga połowa w czwartkowym meczu Ligi Konferencji z Fiorentiną (1:2) dawały nadzieje, że Raków Łukasza Tomczyka złapał właściwy rytm, pójdzie za ciosem i będzie się już tylko piął w ekstraklasowej tabeli. Przy Roosevelta jego kibice zostali jednak brutalnie sprowadzeni na ziemię. Częstochowianie, choć zaczęli naprawdę obiecująco, przegrali 1:3 z drużyną, która w tej rundzie w lidze wygrała zaledwie raz (2:1 z Piastem Gliwice), tracąc punkty w dziewięciu z dziesięciu ostatnich spotkań ligowych!
Zmiennicy do wymiany
Pokaż mi swoją ławkę rezerwowych, a powiem ci, jaką masz drużynę – to wyświechtane piłkarskie powiedzenie jako pierwsze przychodzi na myśl, doszukując się przyczyn porażki Częstochowian. Tym razem nie ma co dorabiać żadnej spiskowej teorii – o wyniku zadecydowała fatalna postawa rezerwowych, którzy nie mieliby szans znalezienia się w podstawowym składzie, gdyby nie konieczność rotacji związana ze zmęczeniem, intensywnością grania oraz urazami po meczu we Florencji. Raków po 45 minutach przegrywał 0:2 po fatalnych błędach defensywy, a zmiana w przerwie czterech zawodników była dowodem, że zmiennicy po prostu nie nadają się do gry w zespole, którego ambicją jest walka o najwyższe cele. - Daliśmy zmiennikom szansę, kto ją wykorzystał to wykorzystał, kto nie, to nie. Mamy 25 graczy w kadrze i musimy robić wszystko na treningach, żeby ich rozwijać. Naszą rolą jako sztabu jest, aby zawodnicy z głębi składu byli w stanie dać coś drużynie – skomentował postawę rezerwowych Łukasz Tomczyk.
O kim mowa? O Leonardo Rochy, Marko Bulacie, Adriano Amorim (w szatni pozostał również Ivi Lopez, ale do Hiszpana akurat trudno mieć pretensje, patrząc na całą rundę). Kolejność nieprzypadkowa, bo najbardziej karykaturalną postacią na murawie zabrzańskiego stadionu był w niedzielę rosły Portugalczyk, który był nieskoncentrowany na grze, przegrywał pojedynki główkowe ze zdecydowanie niższymi rywalami, miał problemy z opanowaniem piłki, o celnym strzale nawet nie mówiąc. - Moją rolą jest, żeby z nim cały czas pracować, podnosić go. Jest w kadrze i musimy robić wszystko, aby w pewnym momencie coś nam dał i pomógł. Wie co zrobił źle i co musi poprawić, musi teraz dać impuls na treningu – odpowiedział szkoleniowiec, gdy zapytaliśmy go o wyjątkowo kiepską dyspozycję tego piłkarza. Bulat również prezentuje się w ostatnim czasie fatalnie.
Nieudany powrót
Gdyby nie problemy zdrowotne Frana Tudora boisko zapewne opuściłby także Zoran Arsenić, który pięć miesięcy pauzował z powodu kontuzji i nie jest jeszcze gotowy do rywalizacji na wysokim poziomie. - Pod koniec meczu pojawiło się trochę zmęczenia, ale to jest normalne, z moją kostką jest już wszystko w porządku. Cieszy powrót na boisko, ale nie wynik. Po takiej kontuzji potrzebuję trochę czasu, aby wskoczyć na odpowiedni poziom, dlatego ważne jest dla mnie to, że zagrałem 90 minut – powiedział po spotkaniu Chorwat.
Na drugą połowę weszli: Jonatan Brunes, Patryk Makuch, Karol Struski oraz Jean Carlos, ale nie byli w stanie odmienić już losów rywalizacji. Gdyby nie gra co cztery dni zapewne wyszliby w jedenastce, ale wówczas jeszcze bardziej raziłby po oczach brak jakości na ławce. Poza bramkarzem Kacprem Trelowskim oraz Pawłem Dawidowiczem (pojawił się na placu gry w 72 minucie) zmiennicy są albo kompletnie bez formy (Mosór, Mircetić, Ilenić), albo to żółtodzioby bez żadnych predyspozycji do gry w ekstraklasie w tym momencie (Żołneczko, Ojo, Milenić, Brusberg).
Zmęczenie przy takiej intensywności spotkań jest oczywiste nawet jeśli piłkarze zdecydowanie wolą grać niż trenować – piłkarze Górnika przebiegli 114 kilometrów, Częstochowianie siedem mniej. Górnik strzelał bramki wykorzystując błędy albo przeprowadzając szybkie akcje, zagranie od linii do linii kolejny raz okazało się kompletnie bezproduktywne w wykonaniu wicemistrzów Polski. - Do straconej bramki wyglądaliśmy naprawdę nieźle, kontrolowaliśmy wydarzenia boiskowe, wydaje mi się, że nawet byliśmy lepsi. Mieliśmy dobry moment po bramce kontaktowej, żeby wyrównać, ale potem znów straciliśmy gola. Wtedy już nie mieliśmy szans – podsumował kapitan Rakowa.
Mariusz Rajek
