Ile fabryka dała
Rozmowa z Piotrem Plewnią, byłym trenerem Odry Opole
Piotr Plewnia może zostać w Opolu, ale... niekoniecznie tak musi być. Fot. Mateusz Sobczak/Pressfocus.pl
Przestał pan być trenerem Odry, a czy jest pan zadowolony z efektów swojej pracy w Opolu?
- Z mojej perspektywy był to całkiem dobry okres. Wynik punktowy jest przyzwoity, żeby nie powiedzieć dobry, bo w 11 meczach zdobyliśmy 18 punktów, za pięć zwycięstw i trzy remisy. Ostatnie spotkania były też ciekawe dla kibiców. Wprawdzie w tym właśnie czasie przytrafiły się nam trzy porażki, ale byliśmy już spokojni o pierwszoligowy byt i można było popracować nad kilkoma innymi elementami. Jestem przekonany, że to wszystko szło w dobrym kierunku i dlatego mogę powiedzieć, że ze swojej pracy - z naszej pracy – czyli całego sztabu szkoleniowego oraz piłkarzy i z osiągniętego celu jestem zadowolony.
2 czerwca ogłoszono jednak, że nie pozostanie pan na stanowisku trenera Opolan. Kto więc był niezadowolony?
- Na to pytanie odpowiem inaczej. W całym tym okresie, czyli od 2 marca, bo wtedy przejąłem zespół jako trener tymczasowy, nie było w rozmowach z władzami klubu ani jednego słowa na temat tego, że o mojej przyszłości w klubie decydować będą wyniki czy efekty pracy. Oczywiście każdy trener pracuje z wiarą w to, że dobre wyniki go obronią. Ja też koncentrowałem się na tym co robiłem z dnia na dzień i nie myślałem o tym czy zarząd sonduje rynek trenerski czy też przygląda się mojej robocie. Przypomnę, że po zwolnieniu Jarosława Skrobacza zostałem przedstawiony jako „trener tymczasowy” i choć później to słowo „tymczasowy” – także dzięki wynikom Odry – już nie było zbyt mocno podkreślane, to jednak w końcu wypłynęło na powierzchnię. Taki mam charakter, że zawsze daje z siebie tyle ile fabryka dała. Tak angażowałem się jako asystent trenera Skrobacza i tak podchodziłem do swojej pracy, gdy przejąłem zespół. Mogę więc powiedzieć, że zamknąłem miniony sezon z satysfakcją i poczuciem dobrze wykonanej pracy. Jednak te dobre wyniki i poprawa samej gry w okresie od 2 marca do 24 maja, choć zostały zauważone przez wiele osób, nie wystarczyły.
Który moment z rundy wiosennej najbardziej zapadł w pana pamięci?
- Nie zastanawiałem się nad tym. Raczej patrzyłem na ten okres 11 tygodni jako proces, który prowadził nas w wybranym kierunku. I zadowolony jestem z tego, że ten postęp był widoczny. Oczywiście to jest moja ocena sytuacji, bo każdy ma prawo do swojej. Co mecz robiliśmy krok do przodu. Na początku koncentrowaliśmy się na punktach, bo były nam potrzebne. A gdy już mieliśmy spokojną głowę, mecze zaczynały wyglądać tak, jak ja chciałem, czyli z większą liczbą sytuacji podbramkowych, lepszą organizacją gry i w końcu z widowiskowymi akcjami, bo poszliśmy na otwartą grę. Wyciągaliśmy z nich także punkty, bo wygraliśmy z mającą wtedy jeszcze szansę na wejście do pierwszej szóstki Pogonią Grodzisk Mazowiecki i walczącym o utrzymanie Górnikiem Łęczna. Nawet w przegranym, ostatnim spotkaniu sezonu z Polonią Warszawa cieszyło mnie to, że w meczu, który niczego nie zmieniał w naszej sytuacji, walczyliśmy do końca o zwycięstwo. To się na nas zemściło i goście wyprowadzili ostatni „zabójczy” atak. Jednak nasza postawa wyraźnie świadczyła o tym, że dążymy do wygranej i prawie 7 tysięcy kibiców potrafiło to docenić.
Chyba nie byłoby tych 11 tygodni, gdyby nie druga połowa w Pruszkowie...
- No tak. To był na pewno punkt zwrotny. To był także dowód na to, że mamy dobry zespół, którym w szatni potrafimy zarządzać. Przecież schodziliśmy na przerwę przegrywając 0:2. Porażka w tym spotkaniu mogłaby nas zbliżyć do strefy spadkowej, bo 6 punktów na 10 kolejek przed końcem nie dawałoby komfortu, ale spokojna korekta ustawienia i wejście Michała Feliksa oraz jego dwa gole sprawiły, że wszystko się odwróciło. W ślad za tym poszły kolejne mecze, w których zmiennicy dawali impuls. Zaliczali asysty, albo strzelali gole, tak jak Szymon Mida w 87 minucie meczu z Puszczą Niepołomice wygranym 1:0. Ja mogłem więc mówić o „trenerskim nosie”, zdając sobie jednak doskonale sprawę, że w piłce nożnej przypadek odgrywa bardzo ważną rolę. Najważniejsze było jednak to, że złapaliśmy wiatr w żagle i mogliśmy spokojnie pracować z wiarą, że to co robimy da dobre efekty. I dawało. Nawet tak dobre, że w pewnym momencie zaczęliśmy liczyć punkty brakujące do szóstego miejsca! Powiem szczerze, że graliśmy o oto. Po wygranej z Puszczą te 6 punktów do odrobienia w sześciu kolejkach nie były – z matematycznego punktu widzenia – nie do przeskoczenia. Margines błędu był jednak bardzo mały, a przecież nie byliśmy potentatem tej ligi i potknięcie wcześniej czy później musiało się nam przytrafić. Nam się przytrafiło z Polonią Bytom i po porażce 0:2 na naszym boisku, realnie patrząc, straciliśmy już szanse na baraże.
Czy podsumowując rundę wiosenną miał pan okazję zarekomendować zarządowi, którego z zawodników należy zostawić w kadrze na nowy sezon?
- Delikatne rozmowy w tym temacie prowadziliśmy niemal po każdym meczu, bo w naszej sytuacji punktowej ostatnie miesiące temu sprzyjały. Nie było jednak żadnych konkretnych ustaleń, ale żeby wszystko było jasne to powiem, że Adrian Purzycki w ostatnich 4 meczach sezonu nie grał tylko dlatego, że miał mikro uraz. Nie chciałem ryzykować jego zdrowia, bo bardzo cenią Adriana jako zawodnika. Bardzo dużo wnosił do naszego zespołu i nie będę mówił, co by było gdybym został trenerem Odry, ale jeszcze raz podkreślę, że Adrian jest wartościowym piłkarzem. Jego kontrakt nie został jednak przedłużony. To samo dotyczy Mateusza Abramowicza, Adama Chrzanowskiego i Tomasza Przikryla, którzy byli ważnymi postaciami w zespole, bo Adrian Łyszczarz i Jakub Bartosz zostali wyeliminowani przez kontuzje. Natomiast na drugim biegunie jest Jirzi Piroch. On jest wygranym tej rundy i dlatego już w połowie maja przedłużył kontakt, choć po rundzie jesiennej – gdy zmiana pozycji na prawego środkowego stopera nie wyszła mu na dobre – nie spodziewałbym się tego. Powrót na środek obrony pomógł i jemu i zespołowi, ale to był efekt tego, jak podchodził do swoich obowiązków oraz tego jakim jest człowiekiem. Z piłkarza, który zimą był blisko „wylotu”, stał się filarem i kilka razy trafiał do jedenastki kolejki. To jest scenariusz, którego bym nie wymyślił, no chyba, żebym robił film motywacyjny pod tytułem „warto pracować i czekać na swoją szansę”. Jirka dał informację wielu zawodnikom, którzy dzisiaj nie są podstawowymi piłkarzami swoich drużyn, że „od zera do bohatera” w sporcie droga jest bardzo krótka.
Także w drugą stronę nie jest daleko, bo bramkarz jesieni Mateusz Abramowicz, wiosną nie powąchał boiska. Dlaczego?
- Na progu wiosny nasi młodzieżowcy doznali urazów i ustalając skład trener Jarosław Skrobacz postawił na Adama Wójcika. To zamknęło drogę Mateuszowi, a następnie „odpalił” Artur Haluch i faktycznie, Abramowicz nie zagrał wiosną ani minuty. Ale tak to właśnie w piłce nożnej bywa.
Czy Piotr Plewnia wie już co i gdzie będzie robił w przyszłym sezonie?
- Wróciłem z urlopu i czekam na to co się wydarzy. Jestem po wstępnych rozmowach z prezesem Odry Tomaszem Lisińskim, który na posezonowej konferencji prasowej, doceniając moją pracę, zapowiedział, że widzi możliwość zatrudnienia mnie w pionie sportowym klubu. Szukamy rozwiązań, które umożliwią wykorzystanie mojego doświadczenia i pozwolą spożytkować to, co już zacząłem robić. Jestem też otwarty na inne propozycje pracy na ławce trenerskiej, bo czuję się szkoleniowcem. Tym bardziej, że to co się wiosną wydarzyło dało mi radość oraz utwierdziło mnie w przekonaniu, że bogatszy o doświadczenia z pracy i w Opolu i w Głogowie mogę dalej iść do przodu. Te 11 tygodni podbudowało mnie, bo wiele rzeczy udało się wprowadzić do gry i nie chciałbym tego kapitału zmarnować. Nie ma jednak jeszcze żadnych konkretów.
Konkret jest jeden – Opolanin mógłby zostać w Opolu.
- Urodziłem się w Opolu i dalej tu mieszkam. Jestem Opolaninem z krwi i kości. To są fakty. Widzę doskonale ,jak Odra się rozwija. Przez kilka lat klub ruszył mocno do przodu. Już dziesiąty rok z rzędu grał będzie w I lidze, co też jest warte podkreślenia. W dodatku ambicje są na coraz wyższym poziomie, a to powoduje, że trzeba rozwijać klub na każdej płaszczyźnie – ilościowo i jakościowo. Stadion i bazę sportową mamy na najwyższym poziomie i to pobudza wyobraźnię. Mierzenie w ekstraklasę powoduje jednak, że trzeba wejść na naprawdę wysoki poziom pod wieloma względami i w jakimś zakresie moje doświadczenie oraz umiejętności – jeżeli dojdziemy do porozumienia – zarząd Odry może zagospodarować, żeby zrobić kolejny krok do przodu.
Rozmawiał Jerzy Dusik
