Idealnie
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Mężczyzn poznaje się nie tylko po tym, jak kończą, nie mówiąc o zaczynaniu, ale również po tym, gdy wiedzą, kiedy można spieprzyć, a kiedy jednak nie... Porażka bez uszczerbku nie wywołuje we mnie żadnych negatywnych emocji, nie da się przecież przejść czegokolwiek - kadencji selekcjonerskiej, wypełniania skomplikowanej ankiety, wieczorku tanecznego czy skakania na spadochronie - bez jakiegoś mniejszego lub większego błędu, bez jakiejś mniejszej lub większej porażki. W tym kontekście przebieg i rezultat starcia z Ukrainą nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. Ten mecz można było - jak mawiał Kazimierz Górski - przegrać, wygrać lub zremisować i niczego by to nie zmieniło. Niczego!
Polscy piłkarze skwapliwie z chwili skorzystali i nie mam o to najmniejszych pretensji. Ja już w ogóle o nic do nikogo nie mam pretensji, choć czasem czegoś żałuję. W przypadku porażki z Ukrainą nie żałuję wcale wyniku, straconych szans czy nawet nieumiejętności ich stworzenia. Przebudowa drużyny, szukanie nowych rozwiązań - zawsze przecież niosą za sobą koszty. W piłce chodzi o to, żeby nie przegrać w najbardziej istotnym momencie, a nie wygrać w najmniej. Dlatego nie przywiązuję do moich osobistych wrażeń z wrocławskiego meczu żadnego znaczenia, choć nie są one bynajmniej oblepione zachwytem. Pisząc wprost: nie podobało mi się.
Biało-Czerwoni nie tylko nie pokazali nic wielkiego, nie tylko nic średniego, ale nawet lekkopółśredniego. Mimo że moment porażki był idealny - coś mnie jednak uwiera. Otóż żałuję, że szansy w tym meczu nie dostał najlepszy piłkarz polskiej ekstraklasy - wybrany głosem innych ligowców - Bartosz Nowak. To był idealny mecz, żeby dać mu szansę. Nawet jeśli selekcjoner a priori nie wiąże z nim przyszłości. Byłby to jednak wyraźny sygnał w stronę całego - a tego lekceważyć nie można - środowiska. „Staraj się. Pracuj. Wykaż się. Nagroda cię wtedy nie minie. A może będziesz miał szansę nawet na coś więcej niż nagrodę". Tym razem tego sygnału zabrakło...
Niektórzy narzekają też, że selekcjoner uparł się szlifować ustawienie na trzech obrońców. Mnie akurat to w ogóle nie przeszkadza. Jeśli Jan Urban chce tak grać, jeśli widzi w tym potencjał - a fachowości przecież odmówić mu nie sposób - niech tak gra. Szkoda jedynie - a przecież ten mecz był do tego idealną okazją - że zabrakło szlifu przechodzenia z systemu na system, z trzech na czterech. Przynajmniej ja tego - nie liczę momentów sytuacyjnych - nie zauważyłem.
Teraz przed nami kolejny mecz. Identyczny - identyczny w sensie, że znowu gramy z przeciwnikiem, który ma identyczny osad rozczarowania na zębach, co my. Nigeria też nie zakwalifikowała się przecież na najbliższy mundial, więc dla nich ta gra jest klasycznie towarzyska. Zabraknie największych gwiazd - Ademoli Lookmana i Victora Osimhena, ale i tak zapowiada się potworna orka na ugorze. Ten mecz będzie jednak o tyle inny, że w mojej opinii ciężka fizyczna walka z Nigeryjczykami jawi się jako o niebo trudniejsza niż z Ukraińcami. Afrykańczycy z ludów Hausa, Fulani, Joruba, Ibo charakteryzują się świetnymi warunkami fizycznymi. Nigeryjscy piłkarze są jak dęby, więc czy uda się je w Warszawie ściąć? To już zupełnie inna historia...
