I have a dream
Z DRUGIEJ STRONY – Piotr Tubacki
Mecze eliminacyjne nie wywoływały u mnie takiego dreszczyku. Tam – mimo pewnych perturbacji – brakowało elementu sensacyjności i większość jesieni spędziliśmy raczej w pewności, że Polska skończy na przeznaczonym dla niej drugim miejscu w grupie.
Ale baraże? Tutaj czuć już mistrzostwa świata! Choć może pod względem czysto piłkarskim więcej jakości prezentują mistrzostwa Europy (z całym szacunkiem dla Haiti, Nowej Zelandii i Kataru), to jednak mundial jest esencją piłki w piłce. To w mistrzostwach świata zakochało się wiele dzieciaków, które pasję do futbolu niosą później przez wszystkie dekady swojego życia, aż do grobowej deski. No ale żeby nie było tak patetycznie: może być tak, że... reprezentacja Polski niczego nie poczuje.
Wystarczy dostać w trąbę z Albanią i wtedy cały misterny plan na 2026 roku pójdzie... wiadomo gdzie. Właśnie to emocjonuje mnie najbardziej w zbliżającym się spotkaniu – że od niego zależy wszystko, co potem. Czy w ogóle będzie można myśleć o Tunezji, Japonii i Holandii. Czy trener Jan Urban przetrwa, czy też nie. Jasne, nie zapominam, że później – w przypadku wygranej – czeka nas jeszcze finał baraży. Wtedy... szybko wymażemy z głowy Albanię. Ona nie będzie już miała żadnego znaczenia i to właśnie rywal o kolorach żółtych i niebieskich (bynajmniej nie Ślązak) będzie tym, od którego wszystko będzie zależeć. Może i UEFA namieszała trochę z formatem reprezentacyjnym – te baraże, Ligi Narodów, dziwne losowanie grup eliminacyjnych, którego nikt nie rozumiał... no ale to się ogląda!
Jednocześnie mam takie przeczucie, że z opcji trąba lub wymazanie – wyjdzie wymazanie. Że Polska przejdzie Albanię i choć nie będzie to na pewno mecz łatwy, to jednak zwycięstwo będzie zasłużone. Na ogół ostrożnie podchodzę do takich rzeczy, ale dzisiaj jestem jak Martin Luther King. I have a dream, chociaż tak naprawdę nic mi się nie śniło. Jednakże w moim teoretycznym dreamie polski dream team robi to, co do niego należy. Selekcjoner Jan Urban, odkąd objął reprezentację, nie dawał nam powodów do tego, by w niego wątpić. Nie ma fajerwerków, ale jest solidność, rzetelność. Tylko na Malcie coś się trochę przycięło, lecz chcę to sobie tłumaczyć żadną w praktyce wagą tamtego spotkania. Z Albanią będzie inaczej, a przecież Biało-czerwoni to barażowi specjaliści; wiedzą, co i jak. Przez play offy dostali się na mundial w Katarze i na niemieckie "Ojro".
A swoją drogą jeszcze, to niezmierną mam bekę z tego, co wydarzyło się wokół Oskara Pietuszewskiego – i bynajmniej nie o samego chłopaka tu chodzi. Gdy wszyscy piali z zachwytu nad jego wyczynami w Porto, a wcześniej w Jagiellonii (słusznie zresztą), trener Urban hamował nastroje. Zbierało mu się za to zresztą srogo od ekspertów i „ekspertów”, znawców i znafcuf – bo jak to tak! Gdy Pietuszewski pojawił się na liście powołanych, niektórzy zaczęli triumfować, że to ich presja na selekcjonerze dokonała tego, że Polska - niczym Daenerys Targaryen – ma trzy smoki. Ale nie, Szanowni Państwo, to tak nie działa. Urban głupi nie jest, jego sztab głupi nie jest... oni dobrze wiedzieli, o jakim piłkarzu mowa, ale nie chcieli pompować mu nad głową kolorowego balonika. Wielu już było takich, co to miało przenosić góry, a byli takim drewnem, że zostawały po nich wióry. Pompka szła w ruch, a balonik pękał – a wraz z nim zaczynała się jazda po piłkarzu. Trener w tym przypadku wziął na siebie część presji i bardzo słusznie, bo akurat jej nadmiar nie jest 17-latkowi w ogóle potrzebny.
