Hydra powróciła?
SPORT I PARAGRAFY - felieton Roberta Kiłdanowicza
Myślę, że starsi Czytelnicy przyznają mi rację, jakim szokiem i wstrząsem był wybuch ponad dwie dekady temu afery korupcyjnej w polskiej piłce nożnej. Okazało się wtedy, że większość wyników zapadało nie w efekcie rywalizacji sportowej, tylko było skutkiem manipulacji. Wizerunkowo dla dyscypliny to był straszliwy cios, bo większość kibiców poczuła się zawiedziona i oszukana przez polskich futbolistów, trenerów i działaczy - i słusznie.
Rzeczywiście ustawianie meczów było na porządku dziennym i stanowiło patologiczną plagę wypaczającą uczciwą rywalizację sportową oraz emocje z tym związane. W istocie korupcja i doping należą do podstawowych, najważniejszych zagrożeń współczesnego sportu. Polska wprowadziła przepisy dotyczące korupcji sportowej do kodeksu karnego, które później zostały przeniesione do merytorycznie kierunkowej ustawy, tj. ustawy o sporcie, którą można kontestować i oceniać, że jest niedoskonała, np. za brak doprecyzowania terminów czy pojęć, lecz ona egzystuje. Normy są zdefiniowane i porządkują życie sportowe w Polsce. A nie wszystkie kraje w Europie czy Unii Europejskiej posiadają takie regulacje.
Związki sportowe w Polsce również zaostrzyły procedury i swoje przepisy (normy materialne), starając się wyeliminować praktyki korupcyjne. Te ogólnopolskie, powszechne, zorganizowane działania miały wyeliminować mechanizmy korupcyjne ze współzawodnictwa sportowego w Polsce.
Po tym co się wydarzyło, a przede wszystkim z uwagi na okoliczność, że korupcja sportowa stała się przestępstwem, miałem silne przekonanie, że proceder korupcyjny już nam nie grozi, że zagrożenie minęło. No może będą się zdarzały jakieś incydentalne przypadki jako konsekwencja aktywności poszczególnych, indywidualnych osób, lecz korupcja systemowa organizowana przez przedstawicieli klubu należy do czasów minionych. Po ubiegłotygodniowym zakończeniu minionego sezonu na poziomie ekstraklasy i I ligi zaczęły do mnie napływać informacje, że rywalizacja nie była do końca uczciwa. Jak nakazuje sztuka weryfikowania informacji, jeśli napływają one z dwóch różnych źródeł, zwiększają ich wiarygodność, a jeśli z trzech i więcej, to mają wpływ na zwiększenie stopnia ich uprawdopodobnienia zbliżony do pewności.
Sprawa dotyczy spadku Arki Gdynia i Lechii Gdańsk oraz braku zakwalifikowania się Ruchu Chorzów do fazy play off rywalizacji o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Oczywiście, w analizie poszlakowej wspiera mnie stara rzymska sentencja cui bono qui prodest - czyje dobro, tego sprawka - oznaczająca, że winnym jest ta osoba, która odniosła z tego korzyść. Do tego imponująco ambitnie, zdeterminowanie oraz wyjątkowo skutecznie, w porównaniu do poprzednich części sezonu, zagrały Termalica Nieciecza, jak i Znicz Pruszków, grzebiąc już wcześniej swoje szanse na utrzymanie.
Nie przesądzając o fakcie gry przeciwko Arce i Lechii oraz Ruchowi za „premię motywacyjną”, zaordynowaną przez inne, majętne kluby mające bezpośredni interes w przegranych tych zespołów, sprawa jest dziwnie podejrzana. Powszechnie wiadomym jest okoliczność, że medialnie bardziej sprzedaje się informacja zła, negatywna sensacyjna niż korzystny, pozytywny przekaz, lecz mając świadomość wagi słów, nierzucania lekkomyślnie podejrzeń i oskarżeń, należy mieć uzasadnione podejrzenie o zaistniałych nieprawidłowościach.
Z drugiej strony jako felietonista nie posiadam żadnych instrumentów śledczych w zakresie rozstrzygnięcia omawianego problemu. Korupcja sportowa to nieuczciwe zachowanie, mogące mieć wpływ na wynik lub przebieg tych zawodów, co w powszechnej opinii społecznej wiąże się z „przegrywaniem meczów”. Prawdą jednak jest fakt, że tym nieuczciwym zachowaniem może być - i często jest - motywowanie przez inne zespoły (podmioty trzecie) rywalizujących pomiędzy sobą drużyn (uczestników).
Cóż można więc zrobić? Właściwa prokuratura może i powinna na podstawie informacji medialnej, np. naszego „Sportu”, wszcząć postępowanie, na podstawie tzw. informacji własnej, choćby wyjaśniające, dotyczące tychże zdarzeń. Co więcej, takie kompetencje posiada również Rzecznik Dyscyplinarny PZPN, który również powinien zainicjować postępowanie wyjaśniające, bo ma ku temu stosowne mechanizmy. A sprawa nie jest wcale taka błaha, by można ją było całkowicie zlekceważyć. Na tym polega właśnie odpowiedzialność za społeczność piłkarską (sportową), że w imię nadrzędnej racji stanu dyscypliny sprawa powinna zostać wyjaśniona, bo właśnie to leży w jej interesie, żeby nie powtórzyła się trauma afery korupcyjnej początku lat dwutysięcznych.
Uzupełniająco a propos Ruchu trzeba przy tym podkreślić, że trudno zobaczyć pozytywną perspektywę dla drużyny w ekstraklasie, która nie potrafi wygrać ze spadkowiczem z I ligi, lecz to w żaden sposób nie usprawiedliwia nieuczciwych praktyk. Realizacja pracy i misji na rzecz polskiego futbolu nie polega tylko na śledzeniu match fixingów (ustawianie meczów) na poziomie IV poziomu rozgrywek, czym ostatnio zasłużył się Rzecznik Dyscyplinarny, tylko również docieraniu na szczyt sprawców przestępstw, a tej odwagi w rozwiązywaniu problemów polskiej piłki nożnej chyba jednak brakuje w PZPN. A czas nagli i trzeba działać, bo wkrótce uprawomocnią się rozgrywki ekstraklasy i I ligi; później trudno będzie to tego wrócić.
_______________________________________
* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław
Porażka Ruchu Chorzów to - między innymi - efekt „premii motywacyjnej” dla Znicza Pruszków? Fot. Radosław Makuch/PressFocus
