Historie romantyczne

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Nie będę owijał w bawełnę, do tej pory obejrzałem ledwie jedną trzecią mundialowych meczów. Głównym tego powodem nie są niedogodne pory ich rozgrywania. W końcu nadeszły najkrótsze noce w roku, można jakoś wytrzymać wstawanie o brzasku. Bardziej od godzin rozpoczęcia przeszkadzają mi monstrualne rozmiary imprezy. Turniej na dobre jeszcze się nie rozpoczął - finał dopiero 17 lipca - a wielu już jest nim znużonych. Póki co wyniki mają drugorzędne znaczenie w sytuacji gdy jedno zwycięstwo w trzech rozegranych meczach może dać awans. Skupiam się zatem na historiach romantycznych, których mimo gigantycznej komercjalizacji mundialu na szczęście nie brakuje. Choćby sprawa obrońcy reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka, Roberto Lopesa, który grał półamatorsko w Irlandii, utrzymując się głównie z pracy w banku na stanowisku doradcy hipotecznego. Drugim romantykiem w tym zespole jest sędziwy bramkarz Vozinha, od lat tułający się za groszem po egzotycznych ligach. Dziś „Babcia” ma tylu fanów w mediach społecznościowych co Christiano Ronaldo.

Pamiętam świetnego golkipera szwedzkiego, Thomasa Ravellego. Na co dzień też pracował w banku, co nie przeszkodziło mu zostać jednym z najlepszych bramkarzy w historii reprezentacji „Trzech Koron”. On swoją decyzję motywował planami na życie po życiu, przyszłość wiązał z bankowością, a nie z futbolem.

Swego czasu nasza młodzieżowa reprezentacja grała przeciwko rówieśnikom z San Marino na ich terenie. Na jedynym w tym państewku kameralnym stadionie podszedłem do udających się na rozgrzewkę zawodników gospodarzy, na co jeden z nich powitał mnie słowami: „hello my friend”. Zdziwiony zapytałem skąd się znamy, na co odparł, że przed południem kupowałem pamiątki w sklepie, w którym jest sprzedawcą. Tego dnia zamknął interes wcześniej bo musi zagrać mecz w reprezentacji swojego kraju.

Byli piłkarze opowiadają, że kiedyś tylko w dwóch najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce płacono za grę na tyle godziwie, że można było z tego utrzymać rodzinę. Dziś nawet w czwartej lidze płacą dwie średnie krajowe. To absurd i wyrzucanie pieniędzy, które powinny być wydane na szkolenie młodzieży. Większość nastolatków uprawiających systematycznie sport w klubach wiąże swoją przyszłość z karierą tylko w tej dziedzinie. To bardzo złe podejście, zaniedbywanie nauki, ograniczanie zainteresowań innymi niż sport sferami życia często kończy się życiowymi porażkami. Akademie piłkarskie wyrywają sobie utalentowanych nastolatków nierzadko z odległych miejscowości, burząc im w ten sposób dzieciństwo przez odseparowanie od naturalnego środowiska. Największy z tym problem jest w piłce nożnej i tenisie, tam patologiczne zjawiska są na porządku dziennym.

Rodzicom dziewcząt marzących o karierze na miarę Igi Świątek czy Mai Chwalińskiej doradzam wiadro lodu na rozpalone głowy. Z tysiąca trenujących może tylko jedna pojedzie kiedyś na Roland Garros czy Wimbledon. Dostałem wiarygodne informacje, że bardzo bogaci rodzice młodziutkiej Wielkopolanki wysyłają ją na turnieje do Indonezji i na Filipiny, by łapała punkty do rankingu w imprezach dziesiątej kategorii. Kosztem nauki i zdrowia, wyłącznie dla zaspokojenia rodzicielskich ambicji. Znajomy tata mało obiecującego 12- letniego piłkarza przedstawił mi listę akademii od Odry do Bugu z prośbą o zarekomendowanie małolata. Oczywiście tego nie zrobię bo pamiętam jak z kolegami z podwórka chodziłem pieszo na pobliski stadionik dzielnicowy by potrenować. Nic ze mnie nie wyszło, ale kilku kolegów zagrało nawet w trzeciej lidze. Większość znalazła dobrą pracę, wykształciła się i spełniła w życiu zawodowym oraz osobistym. Czy tak samo będzie z tymi, których kariera nie potoczy się po myśli rodziców?

Po cichutku, powolutku rozwija nam się nowa dyscyplina sportu organizowana przez organizację PpN. To tzw. polski wrestling zapożyczony od Amerykanów. Szczerze mówiąc to dość komiczna a chwilami patologiczna forma rywalizacji. Czy na pewno sportowej? Zaczęło się na podwórkach i w piwnicach wielkomiejskich blokowisk, teraz przeniosło do pofabrycznych hal i dzielnicowych domów rozrywki. Hasło polskich wrestlingowców „najważniejsze to być sobą” brzmi fajnie. Mniej fajnie robi się, gdy w powietrzu latają krzesła i biurowe spinacze, a widzów podnieca krew. Młode, wyzywająco ubrane kobiety krzyczą histerycznie „zabij go” po trafieniu w głowę przedmiotem biurowym. Byłem na tym paskudztwie po raz pierwszy i ostatni, podobnie jak kiedyś na walkach półnagich kobiet w kisielu, nie wiedzieć czemu organizowanych przez wielkiego mistrza zapaśniczej maty, Andrzeja Suprona. Wolę obejrzeć stare nagrania z występów Jerzego Kuleja, Andrzeja Gołoty, Waldemara Legienia i... Andrzeja Suprona.

Kopanie leżącego to ulubiony sport wielu rodaków, ale kopanie mocno stojącego na nogach to już nowość. Histeryczne krytykowanie komentatora Dariusza Szpakowskiego i sędziego Szymona Marciniaka w żadnym stopniu nie zaszkodzi samym zainteresowanym, świadczy tylko o problemach mentalnych autorów. Dopóki forma jest akceptowalna, wzruszam tylko ramionami, ale gdy staje się agresywna i wulgarna to wykreślam delikwenta z grona znajomych. Przykre, że tych zbanowanych bardzo ostatnio przybyło. To nie ja stałem się przewrażliwiony, to oni zwolnili hamulce.

Finał zmagań o tytuł koszykarskiego mistrza Polski był pasjonujący, championa poznaliśmy dopiero po siódmym meczu. Gratulacje dla Legii za kolejny tytuł i uznanie dla pokonanego Zastalu startującego do finiszu z odległej pozycji. Szkoda tylko, że decydujący mecz rozegrano w hali przypominającej bardziej magazyn sprzętu AGD niż obiekt sportowy. Można by tam śmiało kręcić filmy gangsterskie, w których polski Sylvester Stallone, czyli Bogusław Linda ściga złoczyńców po rurach zawieszonych pod sufitem. Legia grała kiedyś w przerobionej z wojskowej stajni salce na Czerniakowie. Z całym szacunkiem do świeżo koronowanych mistrzów Polski, ale stara Legia była konstelacją polskich wirtuozów (Wichowski, Trams, Pstrokoński), a obecna to egoistyczni Amerykanie z kilkoma krajowcami do podawania piłki i jej zbierania po niecelnych rzutach przybyszów zza Oceanu...

"Babcia" Vozinha, bramkarz Republiki Zielonego Przylądka, stał się jednym z bohaterów mundialu. Fot. PAP/EPA

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się