Hejt to współczesna zaraza
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Hejt to dżuma, cholera, gruźlica i syfilis razem wzięte. Jest zarazą współczesności i wielkim zagrożeniem dla przyszłości. Czy naprawdę mowy nienawiści w internecie nie da się spenalizować? Przecież od dawna istnieje paragraf za używanie obraźliwych słów w miejscach publicznych. Niestety, jego skuteczność jest tak samo mizerna jak przepisu o zachowaniu ciszy nocnej między 23.00 i 6.00 rano. Bydło wrzeszczące pod oknami spokojnych, ciężko pracujących ludzi ma go w nosie, przerabiałem to wielokrotnie - w roli ofiary, a nie oprawcy, żeby było jasne. Jeżeli ktoś ubliży mi w tramwaju czy w restauracji, to są podstawy prawne by takiemu typowi postawić zarzuty i wytoczyć proces. Oczywiście pod warunkiem, że znajdą się gotowi do zeznań świadkowie oraz empatyczny prokurator. Ohydne wpisy pod adresem naszej 19-letnie skoczkini Poli Bałtowskiej jak najbardziej kwalifikują się do prokuratury. Internetowy chłystek wcale nie jest tak anonimowy jak mu się wydaje, policja ma dziś skuteczne narzędzia, by go zidentyfikować na podstawie adresu IP. Przekonał się o tym pewien rzezimieszek, który straszył mnie i obrażał w internecie. Zgłosiłem sprawę gdzie trzeba, okazało się, że typek był poszukiwany za przemoc domową i niepłacenie alimentów, miał dwa lata do odsiadki. Następnego dnia zmienił miejsce zamieszkania na lepiej strzeżone. Miły gest włoskich wolontariuszy polegający na wręczeniu naszej Poli bukietu kwiatów nie wystarczy. Trzeba doprowadzić chamów z internetu przed oblicze sprawiedliwości. Podobnie jak typów w legijnych szalikach straszących piłkarzy klubu, który rzekomo kochają, a tak naprawdę gardzą nim depcząc wspaniałą historię.
Niestety, nienawistny i plugawy język zawładnął także ludźmi, którzy powinni być w pierwszym szeregu walki o przyzwoitość. W odniesieniu do sportu są nimi przede wszystkim dziennikarze o nim piszący. Gdy dobry, doświadczony żurnalista Jarosław Bińczyk ubliża wybitnej sportsmence, członkini MKOL Mai Włoszczowskiej pisząc, że ma „mały rozumek”, to należy zadać pytanie, co się stało z naszą klasą? Nie chodzi o koleżeństwo ze szkolnych lat, a o klasę jako sposób zachowania i wyrażania poglądów. Poszło o to, że Włoszczowska poparła w głosowaniu wykluczenie z Igrzysk Olimpijskich Władysława Heraskewycza, ukraińskiego skeletonisty, który rażąco naruszył olimpijski regulamin, eksponując hasła polityczne na kasku służącym do zapewnienia zawodnikowi bezpieczeństwa, a nie słupie reklamowym.
Rozumiem i popieram intencje Ukraińca, zgadzam się, że Putin to zbir, jakich mało, ale strój zawodnika nie może być tablicą ogłoszeń politycznych. Takie są przepisy, dura Lex sed Lex (twarde prawo, ale prawo). Oburzenie na polską reprezentantkę w Komisji Zawodniczej MKOL jest tym bardziej bezsensowne, że najważniejszy na świecie sąd sportowy, czyli CAS w Genewie, decyzję o wykluczeniu bez wahania zatwierdził. Tam zasiadają już nie sportowcy i działacze, a wybitni prawnicy, autorytety. Haraskewycz dostał od szefowej MKOL Kirsty Coventry propozycję kompromisowego rozwiązania. Mógłby przesłanie czczące zabitych przez Rosjan rodaków eksponować w wiosce olimpijskiej i na konferencjach prasowych, skutek byłby pewnie większy niż przy błyskawicznym szusie sanek na torze. Odmówił, zapewne na polecenie kogoś ważniejszego niż jego trener.
Fot. Paweł Jaskółka/Pressfocus
To, że Goncalo Feio nie wytrzyma długo bez wywołania afery, było pewne jak w szwajcarskim banku. Impulsywny - delikatnie mówiąc - portugalski trener zarzucił prowadzącemu prestiżowy mecz Radomiaka z Koroną Kielce sędziemu... korupcję. Z „Fryzjerem” na rozum się zamienił? Zgodnie z zaostrzonymi ostatnio przepisami został wyrzucony z trenerskiej ławki na trybuny. Oczywiście natychmiast odezwał się internetowy chór wujów (kto zna grę półsłówek, ten zrozumie), pewnie z tymi samymi durnymi śpiewakami co w przypadku Poli Bałtowskiej czy Igi Świątek po porażkach. Ujadają bezczelnie, że sędziów trzeba zaje..ać. To są tacy sami tchórze jak ultrasi za bramką dowodzeni przez nawiedzonego zapiewajłę. Gratuluję odwagi i konsekwencji sędziemu technicznemu meczu w Radomiu Albertowi Różyckiemu z Łodzi. Chamstwu w życiu trzeba się przeciwstawić „siłom i godnościom osobistom” jak głosił Jan Kobuszewski w kabarecie „Dudek”. Zapiszcie to wężykiem koniecznie!
Znając historię zachowań portugalskich trenerów w Polsce jestem przekonany, że dostarczą mi materiału do wielu jeszcze felietonów. Oni traktują Polskę jak miejsce, gdzie można wyładować swoje frustracje, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie tym razem, senhor Feio.
Kontynuując wątek sprzed tygodnia, nawiążę do zachowań bohaterów aren sportowych i kulturalnych, mecz jest też spektaklem. Śpiewak, aktor, dyrygent, muzyk kłania się wszystkim widzom, nie bacząc na ubiór i cenę biletu. Tym w pierwszych rzędach i odległych balkonach jednakowo. Dla piłkarzy, koszykarzy, siatkarzy i szczypiornistów środek boiska jest idealnym ku temu miejscem. Jest też kwestia oklaskiwania hymnu rywali przed meczem reprezentacji. Czy na pewno jest to oznaka szacunku? Takowym byłoby raczej słuchanie w skupieniu i brawa po hymnie. Oklaski nie w porę w operze czy filharmonii to obciach totalny, podobnie huragan śmiechu po wulgarnym słowie w kabarecie. W stanie wojennym wyklaskiwano aktora kolaborującego z ekipą generała Jaruzelskiego, to był symbol ostracyzmu. Po takim powitaniu aktor był skończony, dukał i zapominał tekstu. Chyba nie o to chodzi oklaskującym hymn gości w trakcie jego trwania na polskich stadionach? Nigdy nie śpiewam Mazurka Dąbrowskiego na rozkaz spikera ani wezwania z trybuny za bramką. Szacunek dla hymnu narodowego to podstawa. Generalnie szacunek to dziś towar deficytowy, dla wielu nawet szacunek do samego siebie. Co dedykuję zaślepionym użytkownikom internetu depczącym godność sportowców, którym się nie powiodło.
Fot. Paweł Jaskółka/ Pressfocus
