Gra i pięść
REMANENT - Jerzy Chromik
Jeszcze się nam pokłonią ci, co pięścią wygrażali
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie...
To mała przeróbka fragmentu ponadczasowego utworu Wojciecha Młynarskiego. Traktuje o sensie życia, ale sport to przecież samo życie.
Sport był długo blisko Młynarskiego – jeździł na nartach, grywał w tenisa. W filmie dokumentalnym o mistrzu puenty Krzysztof Materna przypomina o surowym podejściu pana Wojtka do gry. On nigdy nie godził się na oklaski po zepsutych i przegranych piłkach. Uznawał, że brawa są uzasadnione jedynie po udanych, niezwykłych zagraniach. Był zły, bardzo zły na kibiców nierozumiejących sensu rywalizacji i chciał stanowić jednoosobowe kolegium orzekające o winie przypadkowych widzów, a nawet próbował skazywać ich na natychmiastowe opuszczenie trybun.
Zgadzam się z takim podejściem do sportu. W Australian Open grają na niebieskim korcie, a nie na zielonym, ale warto pokusić się przy okazji tego wspaniałego turnieju o refleksje pozornie odległe od tablic wyników. Mnie też bardzo przeszkadza w odbiorze, na równi z komentatorami cierpiącymi na słowotok, okazywanie radości z każdej pomyłki rywala. A już na pewno nie cierpię wygrażania pięścią przed oczami przeciwnika po zdobytym punkcie, gemie lub secie. Mogę zrozumieć zaciśnięcie palców po odwróceniu się tyłem do przegranego po akcji, jeśli to pomaga w koncentracji przed kolejnym serwisem. Ale tyle i tylko tyle.
Jestem oczywiście za szczerymi gestami fair play, ale jako mocno naciągane odbieram wylewne przepraszanie za to, że piłeczka prześlizgnęła się po taśmie na stronę przeciwnika, a mogła równie dobrze zostać po tej bliższej. Wystarczy delikatne uniesienie dłoni, ale wszystko, co ponad to, to teatr fałszywego aktora. Przecież punktu sędzia pechowcowi już nie odda. Spuśćmy zatem wzrok i na chwilę kurtynę milczenia.
Oddzielnym rozdziałem kortowych opowieści są interakcje tenisistów z publicznością. Doceniam kunszt Djokovicia, ale go nie lubiłem i nie polubię. Podobnie jak Sabalenki, Rublowa, Miedwiediewa i Collins. Tę listę można oczywiście rozszerzyć, ale mniejsza o nazwiska. Collins ostatnio klepnęła się po pośladku, dając do zrozumienia jednoznacznie, co myśli o niechętnych jej widzach. Można tak? No raczej nie wypada. A savoir-vivre’u nie kojarzą już nawet ci znający ze szkoły język francuski.
I ostatnia refleksja oglądającego teraz namiętnie tenis. Przeszkadza mi, nie tylko w Australian Open, zaskakujący wysyp w turniejach Rosjanek i Rosjan pod kupionymi banderami. Życie może potoczyć się różnie, dziadek wyjechał do innego kraju i tam został? OK, ale nie dam się przekonać, że... jest z Kazachstanu. No nie!
Pewnie już znacie wynik meczu Świątek z Navarro, ale czasami o wiele ważniejsze są gesty i zachowania na korcie. I to było dziś do udowodnienia, jak mawiał licealny matematyk. A kolega z ławki w podstawówce, rozwiązując przy tablicy zadania, zawsze głośno przedstawiał ciąg logiczny swego działania. Cztery w pamięci, sześć spuszczam. Czyli co? 6:4, 6:4? Nie? Trudno. Taki jest sport, panie prezesie – przekonywał Grundol. A sport to zabawa ludyczna, niemniej zawsze warto być przyzwoitym.
