Gorzkie: stawiasz na swoich, podajesz tyły

BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk

Z pewnym zdumieniem skonstatowałem, że bardzo wielu ludziom sprawiły radość ligowe niepowodzenia Rakowa Częstochowa, w związku z czym na ich celowniku znalazł się trener Marek Papszun. Dziwne to, bo wyciąganie jakichkolwiek wniosków po raptem trzech meczach – dwóch zwycięskich z MSK Żylina w europejskich pucharach nie liczę – jest co najmniej ryzykowne, by nie powiedzieć, że infantylne, a już na pewno przedwczesne. I już prawie nudne pozostaje powoływanie się na te przypadki z historii ekstraklasy (i nie tylko), kiedy to lider po kilku kolejkach staczał się na końcu rozgrywek o szczebel niżej, a ten zespół, który na początku buksował, wchodził z czasem na wysokie obroty – z radosnym dla siebie skutkiem. To po prostu w piłce standard.

Nie napiszę, że gra Rakowa mi się podoba. No! Nie podoba mi się, ale też w erze Papszuna nigdy zespół ten szczególnie nie porywał. Był nastawiony na pragmatyzm, skuteczność, obezwładnianie rywala, osaczanie go pajęczą siecią, w miarę możliwości neutralizowanie wszystkich jego atutów – w sumie wygrywanie bez względu na styl. Mistrzostwo Polski i dwa tytuły wicemistrzowskie nie wzięły się z przypadku. A i trudno nie pamiętać, że w ubiegłym sezonie częstochowianie stracili tytuł trochę na własne życzenie.

Ten początek rozgrywek, zarówno w przypadku Rakowa, jak i wielu innych drużyn, niesie jednak inne, być może trochę ważniejsze przesłanie, nastrajające na swój sposób refleksyjnie, z odcieniami smutku. Otóż trudno nie pamiętać, że w ubiegłych sezonach zarzucano Papszunowi, iż szansę gry o ligowe punkty daje bardzo niewielu Polakom, a najczęściej w wyjściowym składzie znajdował się jeden, skądinąd bramkarz – Kacper Trelowski. W sezonie bieżącym trener częstochowian, jakby pomny na tę krytykę, zaczął desygnować do gry kilku rodaków, pięciu-sześciu. Zapewne złożyła się na to sekwencja wydarzeń – kontuzje kilku czołowych zawodników, w tym najbardziej kluczowych, Iviego Lopeza oraz Władysława Koczergina – ale może również swoista premedytacja (wola) Papszuna, by Raków był bardziej polski i swojski.

Trudno powiedzieć, czy długo w tym postanowieniu wytrzyma, bo jak wiadomo w Częstochowie dokonują kolejnych zakupów, bynajmniej nie na rodzimym rynku, o którym wiadomo, że jest bardzo wyposzczony, jeśli chodzi o wyróżniających się piłkarzy z polskim paszportem; ci zresztą zostali tegoż lata niemal w komplecie zagospodarowani i nie przez zagraniczne kluby, a nasze. Co z jednej strony może oznaczać, że rosną one w siłę, a piłkarze żyją w nich dostatniej, a z drugiej, że popyt na naszych poza Polską jest znikomy. Efekt jest taki, że nie ma kogo brać jako wzmocnienie składu; co najwyżej jako jego uzupełnienie – co samo w sobie stanowi różnicę.

No i to właśnie może (powinien) być pretekst do smutnej refleksji: stawiasz na swoich, podajesz tyły. A ponieważ nie ma kogo brać, liczne kluby udały się na zagraniczne zakupy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w większości przypadków były one udane, choć oczywiście trudno mówić o pierwszym sorcie. W konsekwencji można też ze smutnym uśmiechem pochylić się nad takim zdaniem (nic to, że wymyślonym – nazwiska się zgadzają), że „Capita gratulował Alvesowi drugiej bramki, a za trzecią Maurides otrzymał gratulacje od Camary, który zmienił Jordao”.

Cóż, kłania się problem, który poruszany jest – również na naszych łamach – od bardzo długich już lat, ten mianowicie, że ze szkoleniem jesteśmy daleko z tyłu za wieloma europejskimi krajami, często od nas uboższymi pod względem poziomu życia, a jeśli nie, to już na pewno pod względem demograficznym.

A czy o wiele lepiej nie brzmiałoby takie zdanie, że „Trelowski podał do Mosóra, ten przerzucił piłkę do Makucha, który miał obok siebie Struskiego, ale zagrał do Ameyawa, ten przedłużył do Repki, który strzałem nie do obrony pokonał bramkarza rywali”?

Teoretycznie w drużynie Papszuna jest to możliwe, tyle że (dotychczasowe) konfrontacje wskazują, że albo się to nie uda w ogóle, albo długo będziemy musieli na to poczekać. Tylko czy wystarczy cierpliwości? I oczywiście potencjału, by tak mogło się stać?