Golfowa Ławica

Stowarzyszenie Zawodowego Golfa PGA Polska rozpoczęło sezon z rozmachem. Odbyły się aż trzy turnieje, w tym niepowtarzalne wydarzenie na pasie startowym poznańskiego lotniska.

Pas startowy w Poznaniu był świadkiem niecodziennych wydarzeń. Zdjęcia nocne Marek Darnikowski Team/V5 Group

W sobotni wieczór Port Lotniczy Poznań-Ławica na moment zamienił się w arenę PKO Bank Polski Night Longest Drive Poznań Airport. Grano świecącymi piłkami, a triumfował David Shinto, posyłając jedną z nich na 395 metrów.

Inspiracja

Batalię na lotnisku poprzedziły kwalifikacje w Black Water Links, w których wystartowało 35 śmiałków. Do finału awansowało pięciu najlepszych graczy kategorii OPEN: Marcin Bogusz, który posłał piłkę na 268,5 metra, Oskar Zaborowski (267), Maksymilian Wentland (265,5), David Shinto (263,2) oraz Max Sałuda (262,5). Finał na pasie startowym lotniska przyciągnął rzesze kibiców i przedstawicieli mediów. Było naprawdę spektakularnie, a świetlne smugi widoczne były również z górki spotterskiej, tuż za płotem lotniska. - Inspiracją do organizacji tego wydarzenia było spotkanie z Emanuelem Canonicą, jednym z najbardziej znanych europejskich long hitterów i byłym rekordzistą najdłuższego uderzenia wykonanego na pasie startowym lotniska. Wtedy po raz pierwszy pomyśleliśmy, że podobny projekt można zrealizować w Polsce – tłumaczył Łukasz Tomkiewicz, dyrektor sportowy zawodów oraz wiceprezes PGA Polska. - Golf jest dyscypliną o ogromnym potencjale promocyjnym i turystycznym. W wielu krajach stanowi ważny element gospodarki oraz skutecznie przyciąga turystów z całego świata. To bardzo dobry sygnał, że Polska, będąca dziś dwudziestą gospodarką świata, zaczyna coraz mocniej rozwijać również tę charakterystyczną dla rozwiniętych gospodarek dyscyplinę sportu. Wydarzenia takie jak to pozwalają pokazywać golfa szerokiej publiczności w nowoczesny i atrakcyjny sposób - podkreślał.. Nagrodę główną dla zwycięzcy w wysokości 5000 zł wręczyli przedstawiciele partnera tytularnego - PKO Banku Polskiego.

Organizacyjny majstersztyk

Organizacja wydarzenia w strefie zastrzeżonej lotniska była ogromnym wyzwaniem logistycznym i operacyjnym. Scenariusz działań oraz harmonogram pracy ekip technicznych musiały zostać dopracowane praktycznie co do milisekund. Nad realizacją wydarzenia, którego w takiej formule wcześniej nikt na świecie nie przeprowadził, pracowało blisko 70 osób. Szczególne podziękowania należą się zespołowi i służbom Portu Lotniczego Poznań-Ławica, ekipie Black Water Links, agencji V5 Group i PGA Polska. - Ta impreza nie była mistrzostwami Polski, choć prawie na pewno zobaczyliśmy najdłuższe uderzenie golfowe w historii naszego kraju – opisywał Piotr Owczarek, prezes PGA Polska. - To był przede wszystkim event promujący golfa. Chcieliśmy - dosłownie i w przenośni - wyjść z golfem z pola golfowego do szerszej publiczności. Chcieliśmy pokazać, że golf i golfiści potrafią mieć dystans, nie tylko w uderzeniach, które oglądaliśmy podczas konkursu, ale też do siebie. Dlatego graliśmy kolorowymi piłkami, po zmroku i w tak niestandardowych okolicznościach. Chcieliśmy pokazać, że w golfie może być dużo sportowych emocji, ale też dobrej zabawy. Liczymy, że tych którzy pierwszy raz mieli styczność z golfem - a wydarzenie śledziło na miejscu kilkaset osób - zachęcimy do jego spróbowania. Przy okazji dziękuję przede wszystkim sponsorowi tytularnemu - PKO Bankowi Polskiemu. Bardzo cieszę się, że dołączyli do grona sponsorów polskiego golfa, zostając partnerem strategicznym PGA Polska na najbliższe trzy lata i że dzięki temu m.in. takie zawody jak te mogą się odbywać. Podziękowania należą się także pozostałym partnerom i sponsorom:  Lotnisku w Poznaniu, Grupie Karlik – dealerowi Range Rover, a także spółkom Itaka, Baltona, Lena Lighting, Black Water Links oraz V5 Group oraz Red Bullowi, który dodał imprezie i piłkom skrzydeł.

Raz z wiatrem raz pod wiatr

Na miejscu ze swoją ekipą uwijał się również magik-fotograf Marek Darnikowski, który odpowiedzialny był za oprawę fotograficzną wydarzenia. On też był pod wrażeniem efektów. - Konkurs wypadł fenomenalnie, dopisała pogoda, co w takich wydarzeniach ma ogromne znaczenie. Największym wyzwaniem było dopracowanie wszystkich szczegółów na linii organizator, a zarządzający portem. Trzeba było dopasować się do niezwykle restrykcyjnych przepisów lotniczych, bezpieczeństwa i wpasować w pracę lotniska. Konkurs był na aktywnie działającym pasie startowym. Kiedy wystartował ostatni samolot, mieliśmy niewiele czasu na przeprowadzenie rywalizacji, przed lądowaniem kolejnego samolotu. Z mojej perspektywy było to bardzo wymagające zadanie, bo mieliśmy kilkanaście minut na zrobienie ciekawego materiału, do tego była noc i miejsce, którego nie mogliśmy wcześniej poznać. Ustaliliśmy kilka dni wcześniej z kolegami, gdzie kto będzie stał lub jak się poruszał i jakie chcemy mieć finalnie ujęcia. Wszystko przebiegło sprawnie, mimo że wiele rzeczy potoczyło się inaczej, niż planowaliśmy - opisywał.

Ostatecznie najlepszym zawodnikiem w tych niepowtarzalnych okolicznościach okazał się David Shinto, którego wynik z eliminacji dawał mu dopiero czwarte miejsce. - Kwalifikacje graliśmy pod wiatr. Wszystkie wyniki finalistów były zbliżone i do finału dostali się ci, którzy potrafili zagrać niską piłkę. Jeśli chodzi o finał to już samo przejście przez odprawę, eskorta do namiotu na bankiet, podkręcał niezwykłość przedsięwzięcia. Podczas mojej próby czułem spokój. Wiedziałem, że jeden z potencjalnych faworytów, Mateusz Korzuch, nie dostał się do finału. Moim planem było posłanie pierwszej piłki na środek pasa startowego, żeby później mieć swobodę uderzenia na pełnej prędkości. Do turnieju przygotowywałem się zimą na symulatorze na obiekcie Falapark w Wolsztynie, za co z całego serca dziękuję Jackowi Pieńczakowi oraz całej ekipie - stwierdził.

W drużynie siła

W niedzielę rywalizacja powróciła tam, gdzie jej miejsce, czyli na pole golfowe. Tym razem zawodowcy połączyli siły z amatorami, grając wspólnie w turnieju drużynowym. Z -25 zwyciężyła ekipa w składzie: Grzegorz Ramos, Kaleo Cambra, Nick Smith i Natasza Klimko. Pięć uderzeń za nimi finiszowali: Marcin Bogusz, Kamil Skóra, Michał Bieńkowski i Michał Mierzwa, a o włos dalej znaleźli się: Tomasz Wiśniewski, Tomasz Łangowicz , Rober Jung i Cezary Kaczmarek. Trener Kadry Narodowej - Tomek Wiśniewski tak opisywał wyprawę do Black Water: - Lubię jeździć na te turnieje, więc jeśli tylko mam czas, zawsze się na nie wybieram. Bardzo odpowiada mi rywalizacja  w drużynach. Lubię podpowiadać uczniom i cieszę się, kiedy robią dobre wyniki. Myślę, że jeszcze bardziej uatrakcyjniło rozgrywki wprowadzenie nowego formatu, gdzie wszyscy uderzają ze startu, a potem wybieramy najlepsze miejsce, z którego każdy gra swoją piłką. Zawody drużynowe mają specyficzną atmosferę i otoczkę. Trenerzy chętnie pomagają amatorom i trochę wygląda to jak lekcja na polu. Możemy zobaczyć ich w akcji i zawsze jako drużyna przeżywamy spore emocje - jest o czym opowiadać po powrocie z pola. Jechaliśmy tam jako obrońcy tytułu, ponieważ rok temu wygraliśmy. Plan minimum był taki, żeby znaleźć się na pudle. Trochę pokrzyżowała nam plany zmiana regulaminu, ponieważ tym razem amatorzy grali z połowy handicapu. Pogoda była fajna jak na tę porę roku i nie wiało bardzo mocno, co jest dość dziwne jak na Black Water, gdzie praktycznie zawsze urywa głowę. Było znacznie łatwiej niż w środku sezonu, ponieważ nie zdążył wrosnąć jeszcze rough. Było więc szeroko i można było bez większych konsekwencji próbować daleko uderzać.

Imponujący wynik

Poniedziałek stał tradycyjnie pod znakiem turnieju indywidualnego. Zwyciężył Marcin Bogusz, który wykręcił imponujący wynik -5! Drugi był Kamil Nowak z -2, a trzecim miejsce z kolejnym uderzeniem straty podzielili się: Grzegorz Zieliński, David Shinto i Maks Sałuda. Na podium amatorskim znaleźli się: Łukasz Nowatkowski, Marcin Jakowicki i Julia Ruś. - Jestem zadowolony z gry na Black Water – opisywał wrażenia Bogusz. - Grałem solidnego golfa, realizując plan od początku do końca. Myślę, że to co dało mi przewagę to dobra gra ironami do 180 metrów i krótka gra. Weekend był też wyjątkowy z powodu longest drive na pasie startowym. To była spora dawka bardzo interesującej, niecodziennej rywalizacji. Niewiele zabrakło do zwycięstwa, ale i tak jestem zadowolony, zwłaszcza, że longest drive nie jest moją specjalnością - dodał. Kamil, który finiszował trzy uderzenia za Marcinem, weekend zaliczył do udanych: - Black Water jak zawsze oferowało świetną atmosferę. Udało się zagrać rundę -2, więc jestem zadowolony z wyniku, który zapewnił mi drugie miejsce. W poniedziałek grałem z Kubą Korniejczukiem i Kamilem Tatarczukiem, więc było sporo fajnej energii. Pole było wymagające, ale grało się naprawdę dobrze. Mimo że obecnie golf nie jest moim absolutnym priorytetem, taki wynik na pewno cieszy i daje motywację. Zimą nie miałem typowego okresu przygotowawczego. Aktualnie skupiam się na rozwijaniu młodych zawodników i sekcji juniorskiej w Kalinowych Polach. Sporo czasu poświęcam pracy trenerskiej i budowaniu miejsca, w którym młodzi będą mogli się rozwijać. Łączenie profesjonalnego grania z pracą trenera nie jest łatwe. Tym bardziej cieszy, że udało się pokazać dobrą formę i powalczyć o zwycięstwo”. Po sukcesie na lotnisku David Shinto nie miał najlepszego początku poniedziałkowej rywalizacji: „Rozpocząłem dość nerwowo, bo już po siedmiu dołkach byłem +3. Trochę szczęścia, kilka dobrych decyzji i walka do samego końca pozwoliły zakończyć rundę na minusie” - zaznaczył.

Kasia Nieciak

David Shinto pod osłoną nocy

Nocny triumfator za dnia. Zdjęcia z Black Water: PGA Polska

Finaliści z Ławicy

Podium turnieju indywidualnego