Głośno nad tą ciszą

MUCHA NIE SIADA - Tomasz MUCHA

W jednym z bardziej udanych polskich seriali ostatnich miesięcy Robert Więckiewicz i Piotr Rogucki jako pogrzebowi przedsiębiorcy podkradają sobie nieboszczyków, znaczy bez pardonu walczą o trumny z wkładem, czyli jeszcze prościej – o to, który z nich w okolicy zorganizuje najbliższy pogrzeb. Wiadomo, w kasie musi się zgadzać, a powodzenie konkurencji to plajta własna. Rzecz filmowa nazywa się „Minuta ciszy” i nie ukrywam, że to współczesne nawiązanie do Fredry czy Kargula z Pawlakiem to dzieło przewrotne, na swój sposób zabawne, oczywiście w przypadku, jak ktoś lubi czarny humor i śmiech przez łzy.

Minuta ciszy, równie przewrotna, robi ostatnio zawrotną karierę w Chorzowie, w końcu ulica, przy której pustką zionie legendarny stadion, do czegoś zobowiązuje. Gdy jeszcze „Niebiescy” przenieśli się na Stadion Śląski, zespolenie znaczeniowe z realnym dokonało się przy Cichej perfekcyjnie.

I trudno się w tej sytuacji dziwić włodarzom Ruchu, którzy tego wyzywającego marnotrawstwa czasu mają serdecznie dosyć, więc przed meczem „Niebieskich” z Odrą Opole – na Śląskim oczywiście – zrezygnowali z cichego upamiętnienia Jana Furtoka. I wcale, podobno, nie było w tym żadnej złej intencji ani premedytacji; podobno – powtarzam – wszak oficjalnie nikt ważny w klubie z Cichej głośno głosu w sprawie nie zabrał, co najwyżej pokątnie, pod nosem, niemal szeptem. My możemy sobie tu jednak głośno pogdybać, dlaczego fani ciszy musieli na Śląskim obejść się co najwyżej głośnym mlaśnięciem.

Fot. Paweł Czado

Być może chodziło o napięty i metodycznie zaplanowany scenariusz. Minuta ciszy opóźniłaby rozpoczęcie meczu o całą minutę, a pamiętajmy – gospodarze kanonadę zakończoną wiktorią 6:0 rozpoczęli właśnie już w pierwszej minucie! I gdyby mecz nie zaczął się planowo, wcale nie musiał ułożyć się korzystnie dla Ruchu – mogłaby być męczarnia, walenie głową w mur, przypadkowo stracony gol w ostatnich minutach, a na końcu tylko cisza. Zgódźmy się – z tej perspektywy decyzja się broni.

Teoria druga – być może poszło o zawiedzioną miłość. Wszak Furtok ponoć wcale nie był daleki od gry w Ruchu, ale sprzątnęli go wcześniej w sąsiedzkim GKS-ie Katowice, gdzie piłkarz strzelał gole jak na zawołanie, gdzie dorósł do reprezentacji i skąd awansował do lepszej ligi na Zachodzie, w której też kilkadziesiąt fajnych szpili zaliczył. A potem wrócił i został ikoną klubu z Bukowej, ale – przecież! – w administracyjnych granicach Chorzowa.

Koncepcja trzecia – wieść niesie, że chodziło o skandal. Bo a nuż w 12-tysięcznym tłumie znajdzie się kilku takich, co to zaczną gwizdać i wymyślać na nieboszczyka?! I co sobie o nas w całym kraju pomyślą?! Czy takie było myślenie łebskich gości z Cichej, którzy nazwę swojej ulicy odmieniają z sześć razy dziennie?

Któż to wie, z ciszy przy Cichej trudno cokolwiek wysnuć, ale rykoszetem oberwało się Bogu ducha winnym fanom „Niebieskich”. Przecież oni chcieli pomilczeć – a tu ciągle ktoś nie daje im szansy! Kilka dni później w Skierniewicach też przepadło, bo spiker miał za wątły mikrofon i cisza ku czci Brychczego – urodzonego w Rudzie Śląskiej, kibica „Niebieskich”! – utonęła w klubowym hymnie. Ale przyznajmy, nie takie katastrofy wynikają z marginesu przypadku.

Ale na Śląskim? Wezwanie o ciszę na pewno padłoby na podatny grunt, prawda? No bo kto nie znał Jasia Furtoka?! Nawet jeżeli nie był nasz, to przecież w wymiarze czysto ludzkim był swój chop, popularny synek śląskiej ziemi, wszędzie kojarzony i szanowany. I jeżeli coś łączy odmienne losy i przekonania, to jest to akt ostateczny, wobec niego wszyscyśmy równi, nikt przed nim nie umknie. I honory trza oddać, wznieść się ponad podziały. Tu jednak udało się upaść.

Można by tak pewnie jeszcze trochę pogdybać, błądząc w poszukiwaniu pokrętnej logiki, ale cholera, jak na złość skandalu nie udało się uniknąć – w Chorzowie zostali jedynymi między Bugiem a Odrą, którzy Furtoka zignorowali; no nie było takiego piłkarza, nie było tej śmierci, nie będzie żadnej minuty, a już ciszy to mamy po dziurki w nosie! No to wyszła histeria.

„Straciliście bardzo dobrą okazję, by siedzieć cicho” – zwrócił się kiedyś ówczesny prezydent Francji Jacques Chirac do polityków z „nowej Europy”, w tym do Polski. Zapamiętaliśmy to sobie dobrze. Specjaliści od ciszy z gabinetów przy Cichej też mogliby.