Geniusz czy hazardzista?

Rozmowa z Kamilem Ryłką, polskim trenerem bramkarzy od 15 lat mieszkającym i pracującym w Norwegii, w tamtejszej ekstraklasie

Stale Solbakken w trakcie meczu z Francuzami. Też najwyraźniej zadaje sobie tytułowe pytanie... Fot. Xinhua/PressFocus

Wiosłował pan już z Norwegami?

- Wiosłowałem. I uważam, że to zaj***sty pomysł. Błyskawicznie go podchwycono, mnóstwo już reklam z tym elementem, mnóstwo programów telewizyjnych. Nawet w parlamencie norweskim to podchwycono. Ale zdania na ten temat bywają podzielone. Jest wielu Norwegów, choćby u mnie w sztabie, którzy mówią, że... trochę wstyd tak się zachowywać.

Ale dlaczego!? Obrazki całych sektorów na amerykańskich stadionach – albo na Times Square – ubranych na czerwono i właśnie wiosłujących, robią wielkie wrażenie.

- Z perspektywy obcokrajowców – a ja choć mam norweski paszport, też przecież w pewnym sensie nim jestem - to naprawdę jest fajne i oryginalne. Nie jest to coś, co przetrwa lata, ale na sam turniej w Ameryce to kapitalna rzecz. Polacy i Anglicy przy okazji meczów lubią się napić piwa, a Norwegowie – powiosłować (śmiech). Zostanie to w pamięci wszystkich, którzy w tym brali udział, albo byli tego świadkami. Tak jak ten islandzki „viking clap”.

A jak daleko powiosłuje armada sternika Stale Solbakkena?

- Zobaczymy, mecz z Wybrzeżem Kości Słoniowej powie nam dużo o norweskim zespole. Na tym etapie nie ma już słabych drużyn, każda z nich ma parę prawdziwych „kotów” w składzie. Iworyjczycy też; zawsze zresztą byli znani z tego, że mieli kilku jakościowych graczy. Ale wydaje mi się, że Norwegowie mają lepiej zbalansowaną kadrę, jeżeli chodzi o jakość, fizyczność, atmosferę. Nawet i taktykę, którą ćwiczą i praktykują od dłuższego czasu. No i mają jakościowych piłkarzy.

Jak w Norwegii oceniono decyzję selekcjonera, żeby wystawić  zupełnie nową jedenastkę na ostatni grupowy mecz z Francją?

- Dość znany scenariusz w norweskim systemie reprezentacyjnym. Nawet jak kadry młodzieżowe czy juniorskie wyjeżdżają na trzymeczowe zgrupowanie czy turniej, w tym trzecim spotkaniu z reguły gra właśnie drugi garnitur i ci, którzy do tego momentu grali mniej. Ale tym razem wzbudziło to trochę emocji. Zdecydowana większość kibiców norweskich, którzy polecieli za ocean, ostrzyła sobie zęby właśnie na spotkanie z Francją. Raz – ze względu na rywala; dwa – bo zakładali, że to będzie spotkanie decydujące o wyjściu z grupy. No i przede wszystkim płacili za wejściówkę po 1300 dolarów – zdecydowanie więcej, niż za wcześniejsze spotkania grupowe Norwegów. Więc niektórzy byli rozczarowani składem, a pojawili się i tacy, którzy poczuli się wręcz oszukani. Polecieli przez Atlantyk, wydali mnóstwo kasy i nie zobaczyli tych, których chcieli zobaczyć. No i po trzecie – Norwegowie, jako drużyna, nie dali sobie szans na wygranie tego meczu. Z drugiej strony ci, którzy znają się na piłce i rozumieją charakterystykę takich turniejów wiedzą, że trener Solbakken zastosował myślenie strategiczne: piłkarze są przecież mocno eksploatowani, więc krótka przerwa w tym wysiłku na maksa się im przyda. Natomiast wiadomo, że wszystko zależy od wyniku. Jeżeli wygrają z WKS, Stale będzie „kotem”, geniuszem. Jeżeli przegrają, wyjdzie na hazardzistę (śmiech).

Stale Solbakken przez sześć lat zbudował jednak całkiem fajną drużynę. Nie wiem, czy na medal, ale na pewno z przyjemnością się ją ogląda.

- Na pewno ma farta, że trafił na supergenerację, chyba nawet lepszą niż ta sprzed 30 lat, która też wyszła z grupy (na mundialu 1998 – dop. aut.). Ma szczęście, że może pracować z takimi piłkarzami, bo tak naprawdę dostał ich „z zewnątrz”. To nie są piłkarze anonimowi, to są gracze z Arsenalu, z Manchesteru City, z mocnych klubów europejskich: z Bundesligi, z Serie A.

No dobra, ale trzeba jeszcze umieć poskładać te klocki i wykorzystać ich potencjał. A patrząc na choćby na jego pełną sukcesów pracę w FC Kopenhaga można go chyba nazwać fachowcem?

- Owszem, to jest znacząca postać; choćby z tego powodu, że nie miał sportowego życia usłanego różami. Karierę boiskową zakończył po tym, jak stracił przytomność na treningu i musiał być reanimowany (przeszedł zawał – dop. aut.). Wszczepiono mu rozrusznik i... de facto zaczynał życie od nowa. Z reprezentacją też nie od razu zaczął wygrywać. „Obcięli się” Norwegowie w eliminacjach do mundialu w Katarze, potem nie zdołali wygrać  grupy w Lidze Narodów B, nie pojechali też na EURO 2024. Wyszło im dopiero teraz, przed Ameryką.

A dlaczego wyszło?

- Zmienił w tym czasie paru ludzi wokół siebie, w reprezentacyjnym sztabie. I położył ogromny nacisk na atmosferę wokół drużyny i w niej samej. Szukał też wśród piłkarzy takich osobowości, które w przypadku długiego wspólnego przebywania unikać będą tarć, sporów itp. I zbudował. Przypilnował też, żeby po tym efektownym wygraniu grupy (dwa wysokie zwycięstwa z Włochami – dop. aut.) nie dmuchano specjalnie balonika przed mundialem. Stworzył przekonanie, że warto się cieszyć awansem i każdym dniem na turnieju. Wpuścił media, telewizję – nie kryją się, pokazują codzienne życie na mundialu. To trochę inne niż nasze, polskie, wyjazdy na mistrzostwa, co nie?

Zapytam jeszcze o pańską branżę, czyli o bramkarzy. Egila Selvika, który zagrał przeciwko Francji, miał pan przez parę lat pod swoimi skrzydłami, w Haugesund...

- Zgadza się. Przyszedł do nas (w styczniu 2021) jako 24-letni bramkarz, z ledwie... jednym meczem w Eliteserien (norweska ekstraklasa – dop. aut.). Mało kto w niego wierzył. Ba; mało kto go znał. Wyskautowano go „z ławki”, kupiono bodaj za 80 tysięcy euro. Przed podpisaniem z nim umowy pytano się o moją opinię o nim. „Wydaje się, że jest OK” - odpowiedziałem, bo nie miałem wcześniej okazji przyglądać mu się dłużej. Kiedy przyszedł na pierwsze zajęcia, zacząłem się zastanawiać, czy tych słów nie pożałuję. Wie pan, ja miałem referencje z Legii, gdzie jako młody chłopak miałem okazję do treningów z Łukaszem Fabiańskim, Arturem Borucem, Jankiem Muchą, nawet Wojtkiem Szczęsnym. Miałem w głowie ich obraz, gdy przyszedłem na pierwszy trening z Egilem. I zobaczyłem chłopaka, który jest mocno spięty, w niektórych aspektach słabo wyszkolony i bardzo sfrustrowany mentalnie. Podczas pierwszej rozmowy z nim – na temat jego oczekiwań wobec siebie – wyskoczył mi ze zdaniem, że chce z czasem być numerem jeden w reprezentacji. Mówiąc szczerze, miałem kłopot, żeby... nie parsknąć śmiechem. Ale pomyślałem: „No dobra, skoro idziesz grubo, to zrobię wszystko, żeby ci pomóc”.

I się udało!

- Pracowaliśmy razem cztery lata; były różne momenty, czasem bardzo trudne. Jak mówiłem, łatwo się frustrował. Kiedy w trakcie gry czy nawet na treningu wydarzyło, co, co, co nie było po jego myśli, błyskawicznie się wkurzał. I tracił przez to koncentrację, więc puszczał dużo bramek. Więc dużo nad tymi emocjami, i nad językiem ciała, pracowaliśmy. „Egil, czy ty naprawdę chcesz, żeby twoja mama widywała cię w telewizji takiego wiecznie wkurzonego?” - pytałem go. No i z czasem coraz częściej zaczął się pojawiać ten Emil wyluzowany, a przy tym – lepszy. Bo chęć do pracy miał, choć nie miał tego daru, iskry Bożej, jak wielu innych. Z czasem nazwaliśmy go „żołnierzem”: pracowitym, twardym w robocie, czasem w niej bardzo brutalnym dla samego siebie.

Bramkarzem nr 1 jest w tej chwili Orjan Nyland. W pańskiej opinii to słuszny wybór trenera Solbakkena? Pytam, bo z trójki zabranej na mundial on akurat na portalu transfermarkt wyceniany jest najniżej...

- Z nim jest ciekawa rzecz. To doświadczony bramkarz, od lat będący w reprezentacji, ale i od lat mający problemy z regularną grą w klubach. Tak naprawdę od 1 lipca jest zawodnikiem bez klubu, bo właśnie skończył mu się kontrakt z Sevillą. I tutaj pojawia się śmieszna sytuacja: trenerem bramkarzy w kadrze jest chłop pochodzący z tej samej małej mieścinki (Volda – dop. aut.), co Nyland. Mówię o Frodem Grodosie, który 28 lat temu na mundialu też był pierwszym bramkarzem i... też w zasadzie był bez klubu w czasie turnieju. Znają się od lat. Orjan miewał różne „skoki jakościowe” w kadrze, ale jest niezmiennie numerem jeden. Paru innych bramkarzy po drodze... zrezygnowało z gry w kadrze, bo wiedzieli, że tej przeszkody nie przeskoczą (śmiech). Ale żeby nie było: ja go oceniam wysoko: ma bardzo fajną prawą nogę, większy od Egila zasięg rąk... Ale wiecznie tą jedynką nie będzie, być może to jego ostatnia wielka impreza. Mecz z Francją był dowodem, że w sztabie już myślą o przyszłości na tej pozycji. A Egil może Orjana spokojnie zastąpić.

Norwegia wygrała w grupie z Senegalem. Można jakieś doświadczenia z tego meczu wykorzystać przeciwko WKS?

- Myślę, że tak. Moim zdaniem Senegal jest mocniejszy niż Iworyjczcycy, więc mentalnie ta wygrana buduje Norwegów. Tym bardziej, że oni ten mecz postrzegają jako jeden z najlepszych za kadencji Stale.

Norwegowie – w przeciwieństwie do wielu ekip na mundialu – nie mają w składzie utalentowanego nastolatka. Najmłodszy jest 21-letni już Antonio Nusa z Lipska. Kawał grajka, co nie?

- Oj tak! Pamiętam go, jak dorastał w Stabaek; już wtedy „wjeżdżał” sam na dwóch obrońców. To mu zostało do dziś, i pewnie już wkrótce będzie w Serie A, albo w Premier League.

To jeszcze pytanie o największe gwiazdy, po kilkudziesięciu w Premier League i Lidze Mistrzów. Erling Haaland czy Martin Odegaard – widzi pan u nich świeżość?

- W dzisiejszych czasach to już nie jest tak, że jak facet zagra 50-60 meczów klubowych, to jest „wypruty”. Oni wiedzą, jak odpoczywać, jak się odżywiać, ile spać. Mają kontrolę nad tym i całe sztaby ludzi wokół siebie, by tego pilnowali. A dla Norwega gra dla reprezentacji to zawsze najwyższy honor. Wydaje mi się, że są – i będą – w kolejnych meczach na swoich szczytach.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Kamil Ryłka podkreśla, że dla Norwega gra dla reprezentacji to zawsze najwyższy honor. Fot. archiwum Kamila Ryłki

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się