Gabriel, archanioł defensywy

Finał w Budapeszcie to starcie najskuteczniejszej ofensywy z najszczelniejszą linią obrony w Europie.

Gabriel Magalhaes i Martin Odegaard – kapitanowie numer 3 i numer 1 w Arsenalu. Czy któremuś z nich w sobotę zostanie wręczone okazałe trofeum? Fot. News Images/SIPA USA/PressFocus

Kazimierz Mochlinski z Budapesztu

LIGA MISTRZÓW

Po raz pierwszy od ośmiu lat – czyli od chwili, w której finał Ligi Mistrzów zawitał do Kijowa, na tamtejszy Stadion Olimpijski – decydujący mecz flagowego okrętu UEFA trafia na nowy obiekt, w nowym mieście i w nowym kraju, gdzie nigdy wcześniej dotąd nie rozgrywano spotkania o taką stawkę. Puskas Arena jest 33. stadionem, który ugości finał PEMK/Champions League. Od soboty lista organizatorów wydłuży się zatem do 33 stadionów, 28 miast i 18 krajów.

Angielskie triumfy, angielska klęska

W Budapeszcie trzykrotnie dotąd rozgrywano finałowe boje finałowe któregoś z europejskich pucharów. Aż dwa z nich przyniosły sukces Anglikom. W 1968, na Nepstadionie – jak wówczas nazywał się obiekt dziś znany pod nazwą Puskas Arena – trofeum za triumf w Pucharze Miast Targowych wznieśli piłkarze Leeds United, którzy bezbramkowym remisem obronili skromną zaliczkę (1:0) z pierwszego starcia z Ferencvarosem. Rok później w tych samych rozgrywkach Newcastle United grał tu z Ujpestem na jego klubowym obiekcie, nazywającym się Megyeri ut. Brytyjczycy przyjechali pewni siebie, po wygranej 3:0, i dołożyli drugie zwycięstwo (3:2). Potem była długa, ponadpółwieczna przerwa; w 2023 w finale Europa League, już na Puskas Arenie, Sevilla rzutami karnymi pokonała Romę.

Wygląda zatem, że stolica Węgier jest dla wyspiarskich ekip szczęśliwa. Ale „najstarsi górale” pamiętają, że na Nepstadionie rozegrano też najgorszy mecz w historii brytyjskiej piłki. 23 maja 1953 roku to tutaj angielska reprezentacja przegrała z gospodarzami 1:7 przed 92-tysięczną publicznością. Nigdy wcześniej ani później takiej klęski Anglicy nie doznali. Dwa gole strzelił wtedy Ferenc Puskas, dzisiejszy patron obiektu.

Radość z czerwonej linii

O tym kibice Arsenalu nie chcą jednak pamiętać. Radują się za to z małych – i czasem dziwnych rzeczy. Przykłady? Zarówno na Highbury, jak i na obecnym stadionie, najgłośniejsi fani „Kanonierów” siedzieli/siedzą na północnej trybunie, zwanej North Bank. Z dużą dozą nadziei i optymizmu londyńscy fani przyjęli fakt, że na Puskas Arenie też siądą na jej północnym krańcu! Na dodatek linia metra – stolica Węgier ma ich cztery – wiodąca pod stadion ma nazwę M2 i przypisano do niej kolor czerwony; a więc taki, jaki mają koszulki Arsenalu! To, zdaniem fanów, kolejny dobry omen.

Finał – i starczy!

Ci, którzy Arsenalowi nie kibicują, też łapią się pozaboiskowych aspektów. Trudno odmówić Kanonierom tego, że rok po roku wspinają się coraz wyżej w pucharowej hierarchii. Trzy lata temu dotarli do 1/8 finału Europa League. Dwa lata wstecz zagrali w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, rok temu był już półfinał. Tegoroczny finał jest więc kolejnym szczebelkiem drabiny. Ale – jak powiadają złośliwi – na sam jej szczyt, czyli wygraną, Londyńczycy, zgodnie z tą logiką, muszą poczekać jeszcze rok.

Londyńska klamra PSG

Przesądy, gusła, zabobony i... statystyka w jednym, zdaje się, stoją domu. Bo czyż można rokowania dotyczące wyniku opierać na kolorze linii metra? No nie. A na liczbie rozegranych meczów? Ot, pytanie... Nigdy wcześniej Arsenal nie zagrał w jednym sezonie 63 meczów; nigdy też nie podróżował między trzecioligowym stadionami w Port Vale i Mansfield a – na przykład – Budapesztem. Czyż można przewidywanie rezultatu opierać na tym, że Arsenal wygrał fazę ligową LM, odnosząc komplet ośmiu zwycięstw; a PSG na tym etapie był dopiero jedenasty?! Z drugiej strony – czy Paryżanie mogą budować swój optymizm na tym, że sezon zaczęli od pokonania innej londyńskiej drużyny, Tottenhamu, w finale Superpucharu; a więc i sukcesem z Londyńczykami go zamkną?

Kapitan razy pięć

Ulice Budapesztu zdobią plakaty Ousmane'a Dembele i Gabriela Magalhaesa; napastnika PSG i obrońcy Arsenalu. Reklamują sprzęt sportowy, ale też wskazują najsilniejsze strony obu rywali. Gabriel to jeden z... czterech kapitanów Kanonierów. Skąd ich tak wielu? Mikel Arteta uważa, że kapitana wybrać muszą zawodnicy. W ostatnich sezonach wygrywał te głosowania Martin Odegaard, drugi był Bukayo Saka, a za nim – właśnie Brazylijczyk. Pierwszy i trzeci borykają się jednak od miesięcy z kłopotami z kolanem, Saka – z udem. W tej sytuacji Arsenal potrzebował kapitana numer cztery – Declana Rice'a, a nawet pięć – Bena White'a! Artecie to nie przeszkadza: uważa, że im więcej liderów w składzie, tym łatwiej znaleźć kogoś, kto na boisku „ogarnie towarzystwo” w trudnym momencie!

Raya w raju?

Skoro jesteśmy przy liczbach, zaznaczmy jeszcze, że szykuje się w Budapeszcie starcie najskuteczniejszej ofensywy – niesamowite 44 gole Paryżan w LM, 298 oddanych strzałów, w tym 114 celnych: lider w każdej z tych dziedzin – z najszczelniejszą defensywą. W ostatnich pięciu meczach LM Kanonierzy stracili tylko jednego gola, i to z rzutu karnego, w półfinałowym starciu z Atletico. Generalnie w 14 grach wpuścili tylko sześć bramek; dziewięciokrotnie David Raya zachowywał czyste konto. W Anglii też nie miał sobie równych w tym względzie: miał 19 takich spotkań. Tym samym wyrównał osiągnięcie legendarnego Davida Seamana (1993/94 i 1998/99). A Seaman był ostatnim bramkarzem Kanonierów, który wygrał z nim europejskie trofeum, triumfując w PEZP w 1994. Czy i Raya weźmie Arsenal do pucharowego raju? I czy Gabriel – z 17 ligowymi meczami, w których kierowana przezeń linia obrony zagrała „na zero” z tyłu – okaże się archaniołem defensywy?

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się