Futbol idzie w złym kierunku

Rozmowa z Andrzejem Strejlauem

Andrzej Strejlau w środowisku naturalnym. O piłce nożnej może rozprawiać bez przerwy. Fot. Tomasz Folta / Press Focus

Czego możemy spodziewać się po losowaniu grup eliminacyjnych mistrzostw świata?

– Zawody odbędą się w zupełnie nowej konfiguracji. Myślę, że udział 48 drużyn w turnieju finałowym mógł wymyślić człowiek chory umysłowo. Nie boję się tego powiedzieć o panu Giannim Infantino (od 2016 roku przewodniczącym FIFA – przyp. aut.). Tak, wiem, że umie poruszać się po salonach, biegle zna siedem języków… Pilnował szczegółów organizacyjnych ostatnich mistrzostw w Katarze, wcześniej dostał order od Putina, kiedy kupiono mundial w Rosji, bo tak to wyglądało… Piłka nożna idzie w złym kierunku, komisja lekarska nie ma prawa dopuścić do takiej liczby meczów (na najbliższym mundialu najlepsi będą musieli rozegrać ich już osiem – przyp. aut.). Zamordują najlepszych zawodników! A losowanie grup do najbliższego mundialu? Każdy mecz będzie trudny, ale szanse są zawsze. Michał Probierz nie ma żadnych szans na wykonanie pracy z drużyną, tłumaczyłem mu to kilka dni temu, kiedy do mnie podszedł. Nie chodzi o to, czy ma grać ten, czy tamten. Chodzi o to, że nie ma szans, by tę drużynę zgrać. Przecież trzeba mieć na to czas! Michał w tej sytuacji, co tłumaczyłem już wielokrotnie, jest selekcjonerem, a nie trenerem. Nie można go porównywać ze szkoleniowcami pracującymi w dawnych czasach, to nie ma sensu. W socjalizmie przerywało się ligę na 11 dni; uznaliśmy, że to optymalny czas na przygotowania do ważnych meczów eliminacyjnych. Ostatniego dnia zaczynały się bowiem awantury: ten tęskni za żoną, ten za dzieckiem, ten się z tym pokłócił, ten tego nie lubi, a ten tamtego kopnął na treningu. Zaczynały się swary… Ale teraz trener Probierz tej szansy na pobycie dłuższy czas z drużyną po prostu nie ma. Dostanie ją dopiero, kiedy się zakwalifikuje na mundial. Łatwo w każdym razie nie będzie. Drugie miejsce w grupie to baraż, a ten jest, w mojej opinii, jeszcze trudniejszy do przejścia niż przeskoczyć Holandię lub Hiszpanię…

Panie trenerze: zawsze marzyłem, żeby zadać panu pewne pytanie.

– Każde. Moja żona zadaje mi każde pytanie, ale ja nie na wszystkie pytania odpowiadam, więc pan może (uśmiech).

Ciekawi mnie, który z meczów reprezentacji w czasach, gdy był pan na selekcjonerskiej ławce, uważa pan za najważniejszy, za kamień milowy dla tego, co się wydarzyło?

– Chodzi o czasy, gdy rządził PZPR. Na szczęście całe życie byłem bezpartyjny. Podczas igrzysk olimpijskich w Monachium byłem – jako najmłodszy – szefem grupy trenerów-obserwatorów, do której należeli też Jerzy Talaga, mój wychowawca, który ma dziś 95 lat i dalej pisze, Jacek Gmoch, który się uczył na kursie instruktorskim, śp. Witek Dłużniak, ówczesny wiceprezes ds. szkolenia. Wtedy w Monachium doszło do tragedii (chodzi o atak terrorystyczny palestyńskiej organizacji Czarny Wrzesień,  której członkowie wzięli za zakładników, a potem zabili 11 członków izraelskiej drużyny olimpijskiej; po raz pierwszy w historii nowożytnych igrzysk olimpijskich wszystkie konkurencje zostały zawieszone – przyp. aut.). W dniu zamachu według harmonogramu miał odbyć się mecz reprezentacji Polski ze Związkiem Radzieckim. Wszyscy zastanawiali się, czy igrzyska powinni dalej się toczyć. Jeszcze w trakcie rozgrzewki nie wiadomo było, czy mecz się odbędzie. Ostatecznie organizatorzy zdecydowali, że jeśli jakieś zawody się zaczęły, to powinny być kontynuowane. Trener radziecki i Kazimierz Górski zadecydowali wspólnie, że… mecz się już zaczął. „Skoro się zaczął, to już kończcie” – zdecydowano… To był mecz zwycięski (2:1 po golach Kazimierza Deyny i Zygfryda Szołtysika – przyp. aut.), pamiętny w drodze po olimpijskie złoto. Triumf w tym turnieju pozwolił piłkarzom uwierzyć w siebie, w swoje wielkie możliwości. Uwierzyć, że za chwilę mogą po raz pierwszy od wielu lat awansować na mistrzostwa świata. Natomiast mój kolega  Zygmunt Lenkiewicz, były dziennikarz „Piłki Nożnej”, minister sportu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego (a ściślej odpowiednik ministra, wtedy ten urząd nazywał się inaczej – przyp. aut.), a potem długoletni szef sportu w TVP, za taki mecz uważa słynny remis na Wembley w 1973 roku i też trudno nie przyznać mu racji. Pamiętam poprzedni mecz Anglików, rozegrany kilka dni wcześniej z Austrią. Wygrali 7:0 (piłkarze znad Dunaju przez wielu byli uważani wtedy za rywala o podobnej klasie, co drużyna Kazimierza Górskiego i dlatego tak wysoka wygrana Anglii zrobiła wielkie wrażenie przyp. aut.). Obserwowałem ten mecz, Kazimierz Górski chciał mieć informacje o Anglikach, był racjonalistą. Cóż, to był genialny poziom gry.  Akurat tego samego dnia Polacy rywalizowali na Stadionie Śląskim z Walią. Gdy na Wembley wyświetliło się, że Polacy wygrywają 2:0 (skończyło się 3:0 przyp. aut), kibice wstali i zaczęli śpiewać angielski hymn. Byli szczęśliwi, bo gdyby Walia wygrała, ostatni mecz między Anglią a Polską byłby już niepotrzebny, z grupy wyszłaby Walia. Z Polską Anglia nie zagrała jednak już tak dobrze, ich trener Alf Ramsey popełnił jakiś błąd…  Prowadziłem wtedy reprezentację młodzieżową i dzień wcześniej za potrójne premie zremisowała w Plymouth z gospodarzami. Mecz na Wembley rzeczywiście był niezwykły, pod koniec trener Górski wstał i zaczął iść w stronę szatni. Niektórzy powiedzą, że ze zdenerwowania. Owszem, każdy z nas się denerwował, ale w tym przypadku to był raczej sygnał od selekcjonera: „To jest już właściwie koniec, musicie tylko jeszcze trochę wytrzymać”. Piłkarze, grając na boisku, widzieli to. Po meczu zaplanowano wspólną, uroczystą kolację. Anglicy się nie stawili, uczestniczyła w niej moja młodzieżowa reprezentacja… Anglicy nie wierzyli w to, co się stało, ich gazety pisali, że to koniec świata (słynny tytuł w „The Sun” przyp. aut). Zrobiło jednak na mnie wrażenie, że stadion, mimo że w panice, zaczął śpiewać hymn. „Nie daliście rady, ale musimy was weprzeć”… Tak ja to przynajmniej odebrałem. Ciekawe, że Władysław Żmuda, który grał w prowadzonej przeze mnie młodzieżówce, zadebiutował niecały tydzień po Wembley w wyjazdowym meczu z Irlandią. Trener Górski zażyczył sobie przyjazdu tego zawodnika, bo chciał go sprawdzić. Polska przegrała wtedy 0:1, ale tamtego spotkania wygrać nie mogła, bo była w… „rozmaitym stanie”, uszczęśliwiona awansem na mistrzostwa świata.

Rozmawiamy w pięknym Pałacu Potockich wybudowanym w Radzyniu Podlaskim. Nieprzypadkowo…

Tak, okazją jest promocja książki „Remanent 5” Jerzego Chromika. Znamy się z Jurkiem od wielu lat, to znakomity reporter. Społeczność Radzynia Podlaskiego może być z niego dumna. Tu się urodził, tu się wychował, tu są jego korzenie. Ma talent do formułowania myśli, ma dar świetnej puenty. Spokojny, stonowany, bezpartyjny. Zna mnie świetnie. Ostatnio byłem gościem na gali bokserskiej, przychodzi wiadomość od niego: „Jesteś już w ringu?” (uśmiech). Jurek patrzy na życie nie tyle kolorowo, ile realnie. Zwraca uwagę na to, co się liczy. „Mam uczciwie przekazać ludziom, co jest tak, żeby po latach mogli to zrozumieć” – to jego zasada. Chodzi o to, żeby czytelnicy wiedzieli, jak to kiedyś  wyglądało. Dlatego apel do dziennikarzy: opisujcie to, co widzicie. Nie ma nic gorszego niż pisanie na zlecenie, jak ktoś sobie życzy. Jeżeli będziecie fałszowali historię – musicie odejść. Jeżeli będziecie rzetelnie robili to, do czego jesteście powołani – jesteście nam potrzebni. Tylko tyle i aż tyle!

Rozmawiał Paweł Czado

Andrzej Strejlau

Ur. 19 lutego 1940 r.
Jako zawodnik: AZS AWF Warszawa (1954-63), Gwardia Warszawa (1964), Hutnik Warszawa (1965-66), Legia II Warszawa (1967).

Jako trener: Warszawianka (1963-64, koordynator), HKS potem Hutnik Warszawa  (1964-65), Hutnik Warszawa 1965-66, grający trener), AZS AWF Warszawa (1966-68), reprezentacja Polski (1966, asystent), reprezentacja Polski do lat 18 (1968-70), reprezentacja Polski do lat 23 (1970-75), reprezentacja Polski (1972, 1974-75, 1976, 1977-78, asystent), Legia Warszawa (1975-79), Zagłębie Sosnowiec (1979-80), Knattspyrnufélagid Fram, Islandia (1982-83), AE Larisa, Grecja (1984-86), Legia Warszawa (1987-89), reprezentacja Polski (1974 - w zastępstwie oraz 1989-93), Zagłębie Lubin (1995-96), Shenhua FC, Chiny (1997-98). Pierwszy w historii stypendysta PZPN (1963).

Sukcesy

Jako trener: Puchar Polski (1989), Puchar Grecji (1985), ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów (1985), wicemistrzostwo Chin (1997, 1998), 3. miejsce w ekstraklasie (1988), 3. miejsce w mistrzostwach Europy do lat 23 (1974), półfinał Polski z Legią (1977, 1978, 1988), półfinał Pucharu Chin (1998), awans do islandzkiej ekstraklasy z Framem (1983), awans do III ligi z AZS AWF Warszawa (1967), awans do klasy okręgowej z Hutnikiem Warszawa (1965).
Jako asystent: 3. miejsce na mistrzostwach świata (1974),  wicemistrzostwo olimpijskie (1976), 5. miejsce na mistrzostwach świata (1978).