FIFA walczy z „fake kontuzjami”
Rozmowa z Szymonem Marciniakiem, najlepszym polskim arbitrem, przygotowującym się do trzeciego w karierze mundialu
Wszędzie, gdzie się pojawia, każdy chce mieć fotkę z Szymonem Marciniakem. Tu – dzieciaki z ekipy Dziki Rekord Bielsko-Biała na turnieju „Śląska rodzina piłkarska na Śląskim”. Fot. Danuta Drabik-Martowicz / Śląski ZPN
Rozmawiamy przy okazji pańskiej wizyty na turnieju „Śląska rodzina piłkarska na Śląskim”. W liczbie rozdanych autografów i wykonanych selfie przebił pan nawet selekcjonera. Spodziewał się pan kiedyś, że będzie tak popularny?
- W ogóle się nie spodziewałem, że zostanę sędzią. Chciałem po prostu grać w piłkę, to było moje jedno marzenie. Ale życie czasami ma dla nas inny scenariusz. Dziś jestem i dumny, i szczęśliwy, że na całym świecie przychodzą do mnie młodzi piłkarze, by „zbić piątkę” czy zrobić sobie zdjęcie. Wiedzą już, jaka to ciężka praca, ale też mój przykład im pokazuje, że choć trenują i mają marzenia, nie każdy musi zostać piłkarzem. Czasami zdarzają się różne historie życiowe, czasami kontuzje, po których trudno wrócić do piłki. A ja im pokazuję, że można robić wspaniałe rzeczy, być częścią największych imprez sportowych, spotykać największe gwiazdy, decydować o losach czasami meczu - ale nie jako piłkarz, a jako sędzia. To dla nich fajny przekaz, bo wielu z nich spotykam w momentach załamania: ktoś jest po kontuzji, po której już nigdy nie będzie biegać tak szybko jak wcześniej, a może nawet w ogóle już nie będzie grać. Powtarzam im wtedy, są jeszcze inne możliwości. W 2020, kiedy - w najlepszym momencie mojej kariery, jak mi się wydawało - stwierdzono u mnie tachykardię i nie sędziowałem przez pół roku, wskutek czego nie pojechałem na Euro, byłem wściekły na świat, na życie, na Boga. A w końcówce 2022 roku życie oddało mi to, co zabrało półtora roku wcześniej. Więc i dla tych wszystkich młodych ludzi, którzy dziś czują, że są najbardziej pokrzywdzeni na świecie, jest światełko w tunelu. Mogą się odnaleźć w jakimś innym scenariuszu; każdy ma szansę na to, żeby odnaleźć swój moment, swój czas, spełniać się, być szczęśliwym, robić to, co się kocha. Tu, w Chorzowie, spotkałem sporo dzieciaków, które los potraktował niesprawiedliwie. One pewnie biegają szybciej niż ci, którzy mają możliwości, ale wolą siedzieć w domach, przed komputerami. Pokazują, że niemożliwe nie istnieje, że bariery są po to, żeby je przełamywać. Cieszę się, że mogę dołożyć swoją cegiełkę, żeby tym dzieciakom dać trochę szczęścia.
Przed nami finisz ligi. A nie jest tak, że pan jest już myślami w USA. Odlicza pan dni do rozpoczęcia mundialu?
- Co do odliczania, to jeszcze niedawno odliczałem przede wszystkim dni po operacji, żeby móc wrócić na boisko. A mundial? Na razie wciąż najważniejsza jest nasza liga, chyba najbardziej zwariowana na świecie. Czasem piszą do mnie koledzy z różnych stron Europy, pytając o najbliższe mecze, na które się wybieram. Odpowiadam na przykład, że jadę na mecz, którego stawką jest utrzymanie. „Jak utrzymanie, skoro drużyny są na czwartym i piątym miejscu?” - pytają ze zdziwieniem. No i muszę im tłumaczyć, że nasza liga jest „crazy”; że tydzień w tydzień wiele się dzieje i na górze, i na dole tabeli. Niektórzy narzekają, że być może nie grają u nas najlepsi piłkarze na świecie, ale emocji nam nie brakuje.
W każdym innym sezonie stawką meczu - dajmy na to - ósmej drużyny z jedenastą na dwie kolejki przed końcem nie byłyby ani puchary, ani spadek. Teraz jest inaczej, więc pewnie i sędziowie odczuwają większą presję?
- Presję to mają rodzice tych dzieciaków, które widzę w Chorzowie, a które trzeba mozolnie rehabilitować każdego dnia. My zaś robimy to, co kochamy; niektórzy w ekstraklasie, niektórzy jeszcze wyżej. Trudno, żeby po tych największych turniejach przyjeżdżać tutaj i odczuwać jakąś presję. Natomiast na pewno musi być koncentracja; pełne skupienie na tym, żeby decyzje były wyłącznie dobre. A piłkarze... nie pomagają; czasem mam wrażenie, że wielu próbuje cię oszukać.
Aż tak?
- Sam pan wie, że niemal na każdym kroku leżą i umierają na boisku. Ale gdy widzą, że człowiek idzie do VAR-u, nagle otrzepują się i wstają z martwych. Cóż, taka to praca, w której sędzia ma tę najbardziej niewdzięczną rolę. Bo przecież jeden cię chce oszukać, a drugi naprawdę jest poszkodowanym. I trzeba znaleźć złoty środek. Zwłaszcza teraz, w ostatnich kolejkach, żeby na koniec mówiono, że faktycznie wygrali najlepsi, przegrali najsłabsi, a sędziowie nie mieli na to wpływu.
Będą jakieś nowinki sędziowskie na mundialu?
- Będzie trochę zmian, by upłynnić grę. Już dziś bramkarz po złapaniu piłki ma 8 sekund na to, by wznowić grę; teraz tak samo będzie przy aucie. FIFA i UEFA walczą też z „fake kontuzjami”. Wie pan, kiedy urazów jest najwięcej? Gdy prowadzisz 1:0, a na zegarze jest 85 minuta.... Jest więc założenie, żeby tych symulantów przytrzymać poza boiskiem. Na minutę. W dzisiejszej piłce taka minuta może bardzo drogo kosztować. Więc kiedy sobie taki „kontuzjowany” pomyśli, że przez ten czas jego zespół będzie grać 10 na 11, dwa razy się zastanowi nad sensem takiego ryzyka... Natomiast dla nas, sędziów - ale jednak dla piłkarzy też - najważniejszą zmianą będzie możliwość skorzystania z VAR-u przy drugiej żółtej kartce. Umówmy się, widzieliśmy parę meczów zepsutych przez arbitrów dlatego, że nie mogliśmy wykorzystać technologii w takich chwilach. Co gorsza, doskonale wiesz, że każdy telewidz przed ekranem widzi błąd w twojej decyzji, a ty jako jedyny - ten najbardziej zainteresowany - nie możesz podejść do monitora i naprawić swojej decyzji.
Jak będzie wyglądać „bezpośrednie przygotowanie startowe” w przypadku sędziów?
- 31 maja mamy wylot do Miami, a tam – przedturniejowe zgrupowanie. Będzie na nim pewnie też kilka wewnętrznych nowinek co i jak interpretować. Zawsze oglądamy sobie raz jeszcze wszystkie możliwe sytuacje: zachowania w polu karnym, przeklętą rękę, spalonego itp.
Powiedział pan: „przeklęta ręka”. Rzeczywiście, właśnie interpretacja kontaktu piłki z ręką wywołuje najwięcej emocji!
- Powiedziałem „przeklęta”, ale generalnie dla nas te sytuacje są dość proste. Ja wiem, że widz przed telewizorem, ot, choćby w słynnym rewanżu Bayern - PSG, widzi rękę wysoko uniesioną, w którą trafia piłka, i krzyczy „karny”. A my wiemy, że tego karnego nie ma. Ot, „football understanding”, czyli rozumienie futbolu. Jak można dać karnego, kiedy swój zawodnik trafia w kolegę, i to piłką, która ucieka z pola karnego? Co innego, kiedy przesuniemy sytuację w pobliże bramki, a piłka będzie do niej zmierzać - to jest ten wyjątek, w którym musi być rzut karny. Tyle że oczywiście w obu tych sytuacjach piłkarze naciskają arbitra, trener go mobbinguje, kibice krzyczą. „Football understanding” - powtórzę. Na dodatek oliwy do ognia dolewa stawka meczu: to półfinał Ligi Mistrzów z udziałem gigantów piłki. Podobne sytuacje zdarzały się w fazie grupowej. Ale czy ktoś dzisiaj o nich mówi? Natomiast my - ludzie, którzy dużo wielkich meczów już posędziowali w życiu - jesteśmy od tego, by zachować spokój i opanowanie.
To niełatwe, jak się ma po jednej stronie Harry'ego Kane'a, a po drugiej – Kwiczę Kwaraccheliję; gwiazdy nad gwiazdami!
- My nie widzimy gwiazd, a jedynie czerwone i niebieskie koszulki. I robimy to, do czego jesteśmy przygotowani. Wybraliśmy sobie niełatwą robotę, to prawda. Ale zawsze w takich momentach się śmieję, że mamy w Płocku wielkie budynki Orlenu, po kilkadziesiąt pięter. Można było zostać windowym: „Które piętro? 33?”. Wciskasz i jedziesz; ot, cała robota (śmiech).
Wróćmy do wspomnianego zgrupowania w Miami. Jaki jest jego cel?
- Na mundialu spotykają się sędziowie z Europy, ale też z Ameryki Południowej, Afryki, Azji - a więc wyszkoleni w różnych kontynentalnych federacjach. Nie wszyscy tak samo interpretują konkretne zdarzenia. Więc te 11 dni i oglądanie w tym czasie tysięcy klipów jest po to, żeby w czasie turnieju sytuacje były oceniane podobnie. Te dni będą niezbyt miłe: temperatura 35-36 stopni, wilgotność na poziomie 90-93%. Dzień w dzień 2-3 godziny na boisku, potem 3-5 godzin wsalce, gdzie będziemy oglądać wspomniane klipy. Ale lepiej te dwa tygodnie poświęcić i „przecierpieć”, żeby podczas najważniejszych meczów spijać śmietankę. To po takich spotkaniach szampan smakuje najlepiej!
Rozmawiał i notował Dariusz Leśnikowski
