Fiesta, czyli rechot z dachu
MUCHA NIE SIADA, felieton Tomasza Muchy
Omal nie spadłem z fotela, czekając na nieuchronne, czyli kiedy dwóch znanych wesołków runie w końcu z tego barcelońskiego papamobile. Myślę, że każdy w narodzie drżał na swój sposób; taka fit pani Anna musiała mieć szczękościsk, gdy nieszczęsny małżonek zaczął kompulsywną konsumpcję pudła lodów, a i co do wykonania samej bachaty można by się tu i ówdzie przyczepić. O dziwo, ten transmitowany globalnie głupawy rajd na dachu dwóch nastoletnich czterdziestolatków zakończył się bez rozlewu krwi, no może skwaśniało nieco poczucie smaku. Wszakże osobny medal należy się kierowcy tego statku miłości, że wysadził naszych całych i zdrowych, ale z Alaves i tak nie dojechali – co było do przewidzenia.
Polacy jako główni aktorzy fiesty mistrza Hiszpanii to widok cokolwiek osobliwy – zdawałoby się, że jeżeli ktoś miałby uczyć kogoś luzu, to raczej południowcy nas, ale Ściesny fumador i Lewy goleador wyznaczają tu nowe linie podziału. Yamal, Rafinha, Garcia czy Ferran niech siedzą cicho w tym autobusie, bo my, Słowianie! No jak nie my, to kto?! Fantazji nigdy nam nie brakowało: samotny Polak na obczyźnie zaszyje się z flaszką w kącie, ale dwóch to już kawał imprezy.
Nie ma co oczywiście sadzić się na śmiertelną powagę i z tego polskiego rechotu robić komuś wyrzuty – już Cyndi Lauper 40 lat temu śpiewała, że „dziewczyny chcą się bawić”, a internetowym junikalnym juserom ponoć się podobało, kliki szły w miliardy. Niektórzy wręcz przecierali oczy ze zdumienia, bo sztywny zwykle jak kij Lewy pokazał w końcu ludzkie oblicze. Robert, który został wodzirejem - prawie jak papież, który pozostał człowiekiem. Pokrzyczał, poprzeklinał, pojarał, potańczył i do rozpuku pośmiał się z własnych dowcipów – wio rumaku, lejców nie ma!
Z ręką na sercu - niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie gadał głupot, po grubo zakrapianej nie chciał na skrzydłach polatać z balkonu i nie marzył o tak bezkarnej automobilowej przejażdżce? Ot, zupełnie normalny gość, jak każdy z nas, tylko lepiej kopał w gałę, dzięki czemu dostał bilet do kółka nowobogackich.
Szczęsny to trochę inna kategoria, gatunek piłkarza rzadki - inteligentny, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Wystarczyła jedna dachowa puenta - o stuprocentowej skuteczności klęsk w Arsenalu – by wiedzieć, z kim mamy do czynienia i zaocznie poklepać po plecach: swój chłop!
Są jednak rzeczy, które nie pozwalają dzielić radochę z tego lajfa, na półce obok innych głupawych teleshow typu „jak oni śpiewają”. Umówmy się, polski wkład w ostatnie sukcesy Barcy był – o ile nie symboliczny – to przynajmniej drugorzędny. Fumador mógł swobodnie popalać w szatni, a goleador instynktu szukał pod ławką, wyparty ze składu przez szybszych i młodszych. Jasne – tytuł jest tytuł. Mamy więc dwóch rozśpiewanych mistrzów w Hiszpanii, mamy nawet trzech złotych tenorów Oskara-Bednarka-Kiwiora w Portugalii, mamy wreszcie niezastąpionego dyrygenta Zielka w operze mediolańskiej. No pięknie!
No i co z tego? Już zupełnie mi nie do śmiechu od 31 marca, gdy byliśmy lepsi od Szwedów, ale ci i tak zlali nam dupy i zamknęli drogę do trumpowego eldorado. Zacytuję selekcjonera w świeżej rozmowie na naszych łamach: „mecz ze Szwecją trawię cały czas i jeszcze długo będę trawić. Myślę, że jeszcze w czasie mistrzostw cały czas będę go rozgrywać w głowie”.
Szacun, ale chyba w tym towarzystwie Urban jest rodzynkiem. Bo za niespełna miesiąc ci ze środka barcelońskiego autobusu będą niemal w komplecie biegać po amerykańskich stadionach na oczach całego świata, a ci z dachu będą co najwyżej oglądać, jak bawią się prawdziwi zawodowcy. A na wakacjach po kieliszku sangrii być może odpalą se nawet jutuba, jak to sami świetnie się bawili. Więc naprawdę nas to cieszy?
