Fatalne potknięcie
Aleksandra Król-Walas nie ukrywała złości po ćwierćfinałowej porażce.
Aleksandra Król-Walas bardzo przeżyła porażkę w ćwierćfinale. Fot. PAP/Grzegorz Momot
SNOWBOARD
Dla naszej najlepszej snowboardzistki, Aleksandry Król-Walas, był to już czwarty olimpijski start. I można powiedzieć, że z każdym kolejnym była lepsza. W Soczi w 2014 roku nie ukończyła rywalizacji (była 30. w slalomie równoległym, którego nie ma w programie tegorocznych igrzysk), w koreańskim Pjongczangu w 2018 zajęła 11. miejsce w slalomie gigancie równoległym, a cztery lata później w Pekinie była ósma. We włoskim Livigno znów było lepiej, bo zajęła 7. miejsce, ale 35-letnia Polka nie ukrywała smutku i złości po tym starcie.
Nadzieje były wielkie
W przedolimpijskich spekulacjach Aleksandra Król-Walas była w gronie kandydatek do medalu. Ona sama podkreślała, że marzy o tym, żeby stanąć na podium i przywieźć olimpijski krążek dla swojej dwuletniej córeczki Hani. I po kwalifikacjach była na to wielka szansa, bo Polka miała w nim piąty czas. W 1/8 finału pewnie wygrała z Kanadyjką Aurelie Moisan i w ćwierćfinale zmierzyła się z Włoszką Lucią Dalmasso.
W połowie trasy Aleksandra Król-Walas miała widoczną przewagę nad rywalką, ale w końcówce zachwiała się i ostatecznie przegrała o 0,26 s. Jak wyjaśniła, o końcowym wyniku zdecydowało potknięcie na jednej z ostatnich bramek niebieskiej trasy. - Poczułam jej oddech na plecach, że ona się zbliża, a wiedziałam, że trasa jest na dole trochę szybsza, więc chciałam pojechać jak najbliżej tyczki, a tam był już taki stożek śnieżny. Uderzyłam w niego, wyprostowałam się, a to było na płaskim, więc wytraciłam prędkość przed samą metą. Jak podjeżdżałam do mety, to już wiedziałam, że nic z tego nie będzie - relacjonowała. - Poczułam złość. Jest mi po prostu smutno. Jeden błąd przed samą metą zdecydował, że to nie ja zdobyłam brązowy medal, tylko właśnie Włoszka - ubolewała snowboardzistka z Zakopanego.
Czeska zemsta
Dalmasso przegrała w półfinale i w wyścigu o trzecie miejsce pokonała swoją rodaczkę Elisę Caffont, wiceliderkę klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Złoty medal zdobyła Czeszka Zuzana Maderova, co było niespodzianką, bo wielką faworytką do triumfu była inna Czeszka, Ester Ledecka, dwukrotna mistrzyni olimpijska. W kwalifikacjach miała najlepsze czasy w obu przejazdach, ale w ćwierćfinale przegrała z Austriaczką Sabine Payer. Maderova pomściła swoją rodaczkę w olimpijskim finale, wyprzedzając Payer o 0,83 s.
Zwycięstwo Maderovej było niespodzianką, bo nie odnosiła dotąd sukcesów. W mistrzostwach świata jej najlepszym wynikiem było siódme miejsce (2025), a cztery lata temu na igrzyskach w Pekinie zajęła 23. lokatę.
Polskie niepowodzenia
W niedzielnym slalomie gigancie równoległym wystąpiło jeszcze troje naszych reprezentantów, ale wszyscy odpadli w eliminacjach. Maria Bukowska-Chyc zajęła 27. miejsce w stawce 32 zawodniczek. Debiutująca na olimpiadzie snowboardzistka przyznała, że za bardzo dała się onieśmielić olimpijskiej atmosferze. - Pierwszy przejazd był zbyt zachowawczy - powiedziała.
Do 1/8 finału nie awansowali też Michał Nowaczyk, który zajął w Livigno 23. miejsce, i Oskar Kwiatkowski, który był 28. Dla tego drugiego, mistrza świata sprzed trzech lat był to jego trzeci olimpijski start. W 2018 roku zajął 13. pozycję, cztery lata później w Chinach siódmą. Kwiatkowski rok temu miał koszmarny wypadek na motocyklu i strzaskał kolano, które musiało być operowane. Lekarze nie dawali mu większych szans na olimpijski start, ale zakopiańczyk wrócił do ścigania i zdobył olimpijską kwalifikację.
- Taki jest ten sport. Nieprzewidywalny, nie wybacza. Targają mną emocje, czuję zawód i złość, ale brałem pod uwagę taki scenariusz. Jesteśmy na tej jednej krawędzi, przyciskamy na maksa, staramy się jechać jak najszybciej i różne rzeczy mogą się po drodze wydarzyć - powiedział 29-letni Oskar Kwiatkowski.
Michał Nowaczyk był jednocześnie zadowolony i niepocieszony po swoim występie. - Niewiele zabrakło... Z jednej strony jestem szczęśliwy, że w ogóle się zakwalifikowałem, że mimo małej ilości startów w Pucharze Świata udało się fajnie zrobić postępy i finalnie jechać. Ostatnie starty w PŚ dały nam do zrozumienia, że można tutaj o coś powalczyć, stąd ta gorzkość... Liczyłem na więcej.
Włoskie rozczarowanie
Kwalifikacje wygrał reprezentant gospodarzy Roland Fischnaller, wyprzedzając swojego rodaka Aarona Marcha. Włosi liczyli więc na medale, ale przeżyli rozczarowanie. Pierwszy z nich odpadł w ćwierćfinale, a drugi już w 1/8 finału.
Medalowe wyścigi przyniosły ogromne emocje. Po brąz sięgnął Bułgar Terwel Zamfirow, wyprzedzając po analizie fotofiniszu Słoweńca Tima Mastnaka. Natomiast w finale 40-letni Austriak Benjamin Karl pokonał Kima Sangkyuma z Korei Południowej o 0,19 s i powtórzył sukces z igrzysk w Pekinie. To jego czwarty olimpijski medal, bo w 2010 roku w Vancouver zdobył srebro, a cztery lata później brąz. Jest pięciokrotnym mistrzem świata i czterokrotnym triumfatorem w Pucharze Świata.
(awa)
