Fani topnieją w oczach
Kolejny remis Podbeskidzia przyniósł skrajne emocje. Z jednej strony Górale znów odrobili stratę i są u siebie niepokonani od ponad roku. Z drugiej niepokoją pustki na trybunach.
Górale są w tym sezonie mistrzami remisów. Takie wyniki nie satysfakcjonują jednak kibiców. Fot. Krzysztof Dzierżawa / Press Focus
PODBESKIDZIE BIELSKO-BIAŁA
Po meczu i remisie - dziewiątym w tym sezonie - umiarkowanie zadowolony był strzelec wyrównującego gola dla Podbeskidzia. Jewgienij Szykawka wszedł na murawę kilka minut po czerwonej kartce dla Arkadiusza Najemskiego. - Właściwie przy pierwszym kontrakcie z piłkę zdobyłem bramkę. Dobrze rozegraliśmy ten stały fragment gry - mówił doświadczony białoruski napastnik, a uwagę zwraca dość osobliwy schemat rozgrywania wyrzutów z autu w zespole Podbeskidzia. Od pewnego czasu piłkę w pole karne wrzuca... rosły i dobrze grający głową napastnik Lucjan Klisiewicz, a nie Kacper Gach, który tym razem przedłużył podanie głową i finalnie zaliczył pierwszą w sezonie asystę przy trafieniu Szykawki.
Siła stałych fragmentów
Mecz z Wartą był kolejnym w tym sezonie, w którym Podbeskidzie zdobyło bramkę ze stałego fragmentu gry. W poprzedniej kolejce w wygranym w Bielsku-Białej spotkaniu ze Stalą Rzeszów trafili do siatki nawet po uderzeniu oddanym bezpośrednio z rzutu wolnego. Do siatki uderzeniem zza pola karnego trafił Michał Rakoczy, dla którego był to pierwszy gol w nowych barwach. - Pracujemy w tygodniu nad stałymi fragmentami i wydaje mi się, że mamy odpowiednich wykonawców do tego - nie ukrywa Szykawka.
Białorusin po meczu długo rozpamiętywał także okazje, których nie wykorzystał zespół. - Mieliśmy kilka dośrodkowań, parę wejść w pole karne. Też miałem jedną i powinienem ją lepiej wykorzystać – mówił Białorusin, mając na myśli podanie od Rakoczego, który z każdym kolejnym spotkaniem wyrasta na kreatora i lidera Górali, który umiejętnościami przerasta zespół, w którym występuje. Zdaniem napastnika drużynie w zdobyciu drugiego gola i odniesieniu zwycięstwa zabrakło „więcej spokoju z piłką". - Powinniśmy zmieniać częściej strony, rozgrywać dłużej piłkę, by zamęczyć przeciwnika, który grał w osłabieniu, a my mieliśmy bardzo dużo czasu, by wykorzystać grę w przewadze - rozmyślał Szykawka.
Po trybunach hula wiatr
Mecz z Wartą ukazał także jeden, dość przykry widok. Trybuny na Stadionie Miejskim w Bielsku-Białej świeciły przeraźliwymi pustkami. Po raz pierwszy w tym sezonie frekwencja nie przekroczyła dwa tysięcy kibiców i wyniosła ledwie 1896 widzów. Już podczas spotkania ze Stalą zwracał na to uwagę trener Marcin Włodarski. - Odkąd jestem trenerem, nie licząc tego jednego meczu z Rekordem, z którym graliśmy tu jako goście, to nie przegraliśmy u siebie. A ludzi jest coraz mniej i to jest przykre - mówił z goryczą szkoleniowiec Podbeskidzia, a przecież jeszcze w czerwcu, gdy zespół w finale baraży wysoko pokonał Sandecję Nowy Sącz, to na trybunach zasiało blisko 10 tysięcy sympatyków Górali.
Frekwencja na domowych meczach Podbeskidzia spada praktycznie z każdą kolejną kolejką. W pierwszym domowym meczu po awansie - z Lechią Gdańsk - frekwencja wyniosła 4 216 osób, z Odrą Opole - 3 307, z Unią Skierniewice - 2 841, z Pogonią Siedlce - 2 016, a ze Stalą - 2 214. Niewątpliwie wpływ na spadającą frekwencję ma pogoda, zbliżająca się zima czy kalendarz, ale dla porównania, gdy zespół w sezonie 2023/2024 spadał z zaplecza ekstraklasy, średnia frekwencją wyniosła około 3 400 kibiców.
Epitety? Niesmaczne
- Trzeba wierzyć w drużynę. Obojętnie czy jest dobrze, średnio czy źle. A u siebie nie jest źle, nawet jak remisujemy, to uwaga - jesteśmy w pierwszej lidze i to nie jest tak, że będziemy wygrywać wszystkie mecze - podkreślał trener Włodarski, który odniósł się też do epitetów, które regularnie padają zza jego pleców pod adresem drużyny. - To nie jest smaczne, a warto wierzyć w tych chłopaków, bo oni udowadniają, że zasługują na to, by przychodzić dla nich na stadion - przekonywał opiekun Górali.
Bartłomiej Kawalec
