Elegia Warszawa

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Szoku już nie ma, ale niedowierzanie się pogłębia. Co drugi weekend spędzam z legijnymi rodzicami rocznika 2015 na turniejach, w których młody Passencik-Kuczoczek bez wahania pomyka na wahadle. Mam zatem regularny wgląd, a zwłaszcza wsłuch w stołeczne nastroje. To, że Legia nie wygrywa, nie strzela i osuwa się na dno, nikogo już nie dziwi, choć po kolejnych przegranych meczach kibice nazajutrz spoglądają po sobie na najwyższą konfuzją. Jakby chcieli usłyszeć, że to się naprawdę nie wydarzyło, to sen był o Warszawie tylko fałszywie zaintonowany, bo przecież kolejna klęska z kolejną czerwoną latarnią i ugrzęźnięcie w strefie spadkowej to jakiś czarny humor.

Patrzę na tych żwawych łebków z rocznika 2015 i sobie myślę, kto z nich zostanie za dekadę w piłce, ale też kto z nich zechce grać w Legii, jeśli ona w końcu zaliczy historyczny upadek. Bo wątpliwości co do tego, że lwia część fanów z Łazienkowskiej jest kibicami sukcesu, nie mam żadnych. Wystarczy, że układ sił się na kilka lat odwróci, a masy młodziaków chętniej przywdzieją czarne koszule, albo wybiorą sobie innych idoli pochodzenia zagranicznego. W Warszawie szkółki miały już i Barcelona, i Juventus i Borussia Dortmund – jeśli Legia będzie nadal grała marsza żałobnego w ekstraklasie, dzieciaki w ogóle się do niej garnąć przestaną.

Mam mniej więcej zrównoważoną schadenfreude ze współczuciem, to drugie jednak głównie za sprawą łez synka, który po raz pierwszy w swoim kibicowskim życiu zaznaje tak czarnej serii i nie wie, co z tym począć. Przecież mu nie powiem, że w pierwszej lidze nie jest źle, choć jako Niebieskiemu to pierwsze, co mi do głowy przychodzi.

Całkiem niedawno przeszedł przez ekrany multipleksów nagrodzony w Wenecji Srebrnym Lwem film „Smashing Machine” – biografia Marka Kerra, wrestlera, a później jednego z prekursorów walk MMA z niezwykłą główną rolą Dwayne’a Johnsona. Kerr, zagadnięty u szczytu swojej sławy przed kolejną walką, co zrobi, kiedy ją przegra, zdaje się nie rozumieć pytania. Bije się z myślami, po czym odpowiada bezradnie „Nie wiem. Nigdy nie przegrałem”.

Do kibiców Legii zaczyna docierać niebezpieczeństwo spadku z ekstraklasy, ale oni też nie wiedzą, o czym mówią, to dla nich abstrakcja, której ogarnąć rozumem nie potrafią i pewnie do ostatniej kolejki taką pozostanie. Przebrnąłem przez mecz Piasta z Legią w trudzie i znoju, bo był to typowy paździerz z dna tabeli, niósł ślepy kulawego, dobrze im się działo i byłoby się skończyło polubownym remisem, ale ku mojemu autentycznemu zdumieniu Legia nawet na punkt w Gliwicach jest już za słaba. Ta drużyna to ruina, morale graczy ofensywnych skurczyło się do rozmiarów Gregora Samsy po przemianie. Kilka dni temu Melepeta Rajović okradł młodego Żewłakowa z asysty, w sobotę to samo uczynił Kacper Chodyna. Jasne – obaj tyle razy dowodzili już jesienią swojej nieudolności, że nijak zrozumieć nie mogę upartego wystawiania ich w składzie. Co musi się stać, żeby taki Kuba Żewłakow zasłużył na miejsce w pierwszym składzie, pojęcia nie mam, ale w Legii ani gra się nie klei, ani przyczyny i skutki. Wszyscy już kładą lagę na tę jesień i czekają na mesjasza z Częstochowy – jeszcze niedawno ptaszki ćwierkały, że ma przyjść na Ł3 uratować sezon, teraz już wiadomo, że chodzi o uratowanie ekstraklasy. Wszelako, dopóki Piast nie zaczął w końcówce strzelać, zęby bolały od oglądania tego meczu i serce się kroiło, bo pomnę jak całkiem niedawno, wiosną 2019, na zaczepkę tubylczych dziennikarzy, którzy mnie rozpoznali na trybunie prasowej przed meczem Piasta z Legią, „Kuczok, hanysie, po coś tu przyszedł”, odparłem, „Żeby zobaczyć, jak Fornalik zdobywa majstra waszym kosztem”. I wtedy spojrzeli na mnie na mnie z mieszaniną niesmaku i niedowierzania, choć po meczu wyszło na moje, Piast wygrał mecz i całe rozgrywki.

Dokładnie tak też patrzą na swoich piłkarzy – niesmak i zdumienie – no jak to może być, że budżet się nie chce przełożyć na wyniki, no jak?! Miałem nadzieję, że Legia, choć w lidze beznadziejna, nie zwiędła aż tak, by nie wygrać ostatnich dwóch meczów pucharowych z Ormianami i mistrzami Gibraltaru, bo lubię te czteropaki czwartkowe i chętnie bym z nich czerpał także w przyszłym roku. Po meczu w Gliwicach te nadzieje już zmierzają w kondukcie ku pogrzebaniu – czuję, że Legia usłyszy pucharową elegię już w najbliższy czwartek.

Jest skądinąd coś fascynującego w tym, że to bodaj pierwszy taki przypadek, kiedy widzów kusi nie tyle jakaś fenomenalna forma, przyjazd wielkich gwiazd futbolowych, tylko chęć przekonania się na własne oczy, jak gra najsłabsza Legia w historii i czy faktycznie tak źle, jak o niej powiadają. Okazuje się, że gra jeszcze gorzej. Z każdym meczem gorzej. Tak tragicznie źle, że powoli staje się kultową ekipą łamag, jakimś anty-galacticos, piłkarską wersją Eddiego Edwardsa, który jako najgorszy skoczek wszech czasów przeszedł do legendy jak najwięksi zawodnicy tej dyscypliny. Dopiero kiedy ta niefortunna seria niewydarzeń posłuży Legionistom jako lekcja pokory, będą się mogli z grajdołka wydostać. Tylko że z Łazienkowskiej do pokory daleko, jak Legii do podium.

To, że Legia nie wygrywa, nie strzela i osuwa się na dno, nikogo już nie dziwi, choć po kolejnych przegranych meczach kibice nazajutrz spoglądają po sobie na najwyższą konfuzją. Fot. PAP/Art serwis

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się