Dziedzictwo Kobe'ego Bryanta

Z czym kojarzy nam się Filadelfia? Raczej nie z postacią wielkiego koszykarza. Tymczasem ma on swoje miejsce w historii tego ważnego dla Ameryki miasta.

W Filadelfii trwają przygotowania do 4 lipca, czyli do Dnia Niepodległości Stanów Zjednoczonych. W tym roku wszystko będzie miało jeszcze bardziej uroczystą formę, bo Ameryka świętuje 250-lecie. Widać to nie tylko na ulicach Filadelfii, ale gdzie indziej też. Powiewają chorągiewki z liczbą 250, żeby wszystko spieniężyć. Do kupienia są oczywiście koszulki z tą liczbą. Już jedną taką pamiątkową kupiłem. Była po „special price”, więc nie można było nie skorzystać.  

Kosz ponad wszystko!

W Filadelfii wszystko będzie miało jeszcze bardziej uroczyste obchody, bo to przecież tam 4 lipca 1776  podpisano Deklarację Niepodległości, a potem uchwalono pierwszą na świecie konstytucję (nasza, przyjęta 3 maja 1791 roku, była drugą z kolei w historii demokracji). 

Zostawmy jednak odległy czas i skupmy się na teraźniejszości. W Stanach trwają przecież zacięte boje w drugiej rundzie grupowych gier mistrzostw świata, w wielu spotkaniach gra toczy się już o być albo nie być. Są już pierwsi przegrani: Turcy, Haitańczycy, Tunezyjczycy. Mamy też już pierwszych uczestników 1/16 finału. Świetnie idzie gospodarzom, Stanom Zjednoczonym. Amerykanie po raz pierwszy od 1930 roku, tj. od pierwszych piłkarskich mistrzostw (wówczas pod nazwą Puchar Rimeta) wygrali dwa pierwsze spotkania. Nie gorzej wiedzie się współgospodarzom, czyli Meksykowi i Kanadzie.

Za oceanem życie toczy się też jednak swoim własnym, amerykańskim rytmem. Piłka tutaj, czyli soccer, jest wciąż w cieniu choćby koszykówki. Ostatnie dni w Nowym Jorku stały wyłącznie pod znakiem miejscowych Knicksów, którzy po 53 latach ponownie okazali się najlepsi w lidze NBA (uczynili to trzeci raz w historii).

W piątek Jankesi grali swoje drugie grupowe spotkanie z Australią. Wyobraźmy sobie naszą sytuację – pomarzyć można… - gdybyśmy grali na mundialu i wygrywali: wszystko byłoby wówczas nakierowane tylko i wyłącznie na piłkarzy. Tutaj? W piątek nie było na pierwszych stronach gazet wzmianki o meczu gospodarzy z Socceroos, czyli Australijczykami. Liczyło się tylko jedno! „Kings of the New York” – to „Daily News”, „City of Love” - „New York Post”, a hiszpańskojęzyczne „El Diario”: „iGracias campeones”. Nawet polskojęzyczny „Nowy Dziennik” też odniósł się do koszykówki! Wszędzie królują Knicksi, w telewizyjnych programach też. Na ich czwartkowej paradzie w Nowym Jorku z okazji wygrania NBA było… 2,5 mln ludzi. Miasto było zamknięte. Futbol - pardon: soccer - na dalekim planie.  

Mural Kobe'ego Bryanta i jego córki Gianny w Tustin Playground. Fot. Michał Zichlarz

Nieoczywiste miejsce

Zostaję przy temacie koszykówki. Jadę do Filadelfii. To dwie godziny jazdy z Port Authority Bus Terminal New York do autobusowego dworca w największym mieście Pensylwanii, ale nie stanowej stolicy, którą jest Harrisburg. Bilet kosztuje 45 dolarów w jedną stronę, czyli około 170 złotych. Przyjeżdżam w południe. Do meczu Brazylia – Haiti jeszcze wiele godzin. To piątkowe (w Polsce była już sobota) spotkanie było drugim na pięknym obiekcie filadelfijskich Orłów. Wcześniej Wybrzeże Kości Słoniowej pokonało na prawie 70-tysięcznym obiekcie Ekwador.

Mam wiele czasu i jadę w nieoczywiste miejsce - na Tustin Playground. To już przedmieścia ponad 6-milionowego miasta (a raczej całego obszaru metropolitalnego Filadelfia–Camden–Wilmington). Najpierw jazda metrem dwoma liniami. Wysiadam na 60. ulicy. Średnio to wygląda. Policja stoi na światłach przy metrze (stoi tam cały czas), wokół sami czarni. Przepychu tu nie ma. Stamtąd kilkanaście przystanków autobusem do Tustin Playground. Co to za miejsce? Z Filadelfii pochodzi jeden z najlepszych koszykarzy w historii Kobe Bryant. To na tym boisku, gdzie jadę, jako dziecko zaczynał, zanim z rodzicami, a przede wszystkim tatą, także zawodowym koszykarzem, wyjechał do Europy, gdzie został m.in. fanem AC Milan, a po powrocie - gwiazdą Los Angeles Lakers.

Jest tutaj jego mural. Jest też jego wspólna fota z Gianną, córką, która miała iść w ślady dziadka i słynnego ojca, pięciokrotnego mistrza NBA, dwukrotnego mistrza olimpijskiego. Oboje zginęli w styczniu 2020 w wypadku helikoptera należącego do Kobe'ego. On miał 41 lat, ona 13…

Bryant, Chamberlain i Will Smith  

Przyjechałem tutaj, bo zobligowała mnie do tego córka Zosia, wielka fanka Bryanta, jako sportowca i człowieka. Sama uprawia sport. Biega pod okiem świetnej trenerki Iwony Krupy, która od lat opiekuje się naszą najlepszą sprinterką, Ewą Swobodą.

Na ścianie Tustin Playground motto Kobe’ego: „Dedication makes dreams come true”, czyli „Poświęcenie sprawia, że wszystkie twoje marzenia się spełnią”. Nic dodać, nic ująć.

Trenuje tutaj 19-leti Oz. Za chwilę pojawiają się inni: starsi, młodsi. – Dziedzictwo Kobe'ego Bryanta jest tutaj wciąż żywe. Tutaj, na tym boisku grał, zaczynał, choć wtedy nie wyglądało tak jak teraz, bo był beton. Poczekałbyś do wieczora, to zobaczyłbyś, ile tutaj ludzi przychodzi – mówi mi sympatyczny chłopak.

Wskazuje też na pobliski college. – Wiesz, kto tam chodził do szkoły? Inny znakomity koszykarz, Wilt Chamberlain oraz słynny aktor Will Smith. To specjalne miejsce – podkreśla. Biorę jeszcze piłkę do kosza, bo na boisku jest ich kilka, a ci, którzy kończą zostawiają je innym, rzucam - na pięć prób jedna wychodzi - i wracam do miasta, a stamtąd już spod hotelu „Holiday Inn”, autobusem dla mediów dojeżdżam na stadion.

Z Filadelfii Michał Zichlarz

„Streets of Philadelphia” śpiewał w latach 90. w słynnym utworze Bruce Springsteen. Fot. Michał Zichlarz 


W prasie króluje koszykówka i triumf w NBA New York Knicks. 

Porzucać w miejscu, gdzie grał sam Kobe Bryant, to wielka sprawa!  

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się