Działa czy nie działa?
SPORT I PARAGRAFY - Robert Kiłdanowicz
Wydawać by się mogło, że obszar piłkarski jest prostą, nieskomplikowaną dziedziną życia. Z pewnością to najbardziej popularna rozrywka XX i XXI wieku. To nic trudnego - wyjdą sobie piłkarze i pograją w futbol ku uciesze kibiców swojej drużyny i gwizdom niechęci fanów drużyny przeciwnej. Czasami jeszcze w świadomości ludzkiej przeciętnego zjadacza chleba pojawia trener, który dba o formę boiskową futbolistów i współtworzy wynik sportowy. Dodatkowo, od czasu do czasu, przychodzi prezes klubu, lecz bardziej traktowany jest jako dodatek do piłkarzy i sztabu trenerskiego niż zarządcza tą zbiorowością.
Takie idylliczne postrzeganie futbolu to pozory, gdyż dzisiejsza rzeczywistość to poważny i złożony biznes. Co więcej, cały czas się rozwija. Kapitalizacja klubów działających w formie spółek akcyjnych nieustannie wzrasta, budżety są coraz wyższe, infrastruktura - zwłaszcza stadionowa - pięknieje. Mówiąc w uproszczeniu - globalny futbol rośnie w siłę. Stopień i tempo rozwoju dyscypliny wymusza coraz większą profesjonalizację struktury osobowej i organizacyjnej podmiotowości, jakim jest związek. Piłkarskim regulatorem jest PZPN, który w naszym, kibiców postrzeganiu jawi się jako instytucja służebna, momentami zbędna, lecz powołana do rozwiązywania problemów dyscypliny.
Co prawda nie zakwalifikowaliśmy się na zbliżający się wielkimi krokami mundial, na którym rywalizować będzie prawie 25 procent państw globu, ale może to nie do końca wina federacji. Choć na wynik wpływ mają zawodnicy i sztab trenerski, to właśnie takie jest postrzeganie okoliczności faktycznych. Fundamentalnym zadaniem PZPN jest popularyzowanie i organizowanie rozgrywek. Oczywiście, nie jest to łatwe zadanie, bo futbol rodzi tak wielkie, skrajne i przeciwstawne emocje, że zarządzanie nim jest naprawdę trudną sztuką. Prezesem PZPN może zostać każdy, niemalże człowiek z ulicy, jeśli tylko i aż znajdzie większościowe poparcie wśród wybierających go delegatów. Niebezpiecznie dla zarządzających zaczyna się wtedy, gdy szeroka opinia publiczna zaczyna oceniać prezesa i kierownictwo federacji.
Wśród różnych metod radzenia sobie z percepcją opinii publicznej jest klasyczna metoda zarządzania sytuacją kryzysową w administracji, jaką jest nic nierobienie. Spośród generalnej liczby problemów 1/3 rozwiązuje się sama, 1/3 rozwiązują same strony sporu i 1/3 musi rozwiązać arbiter, tj. w tym przypadku PZPN. Polska federacja piłkarska właśnie przyjęła ten sposób rozwiązywania kwestii kryzysowych i spornych w życiu związkowym. Warto zaznaczyć, że w podobnej sytuacji znalazł się Polski Komitet Olimpijski z prezesem Piesiewiczem na czele. Trzeba przy tym podkreślić, że Piesiewicz zmierzył się z występującą sytuacją kryzysową aktywnie, budując sobie twardy elektorat i wsparcie, którego wcześniej nie miał.
Na koniec tego długiego wprowadzenia chciałbym wskazać, że choć bezczynność administracyjna jest czasem efektywna, to jednak obniża autorytet zarówno osobisty, jak i organizacyjny. Co więcej, w dużej ilości wypadków taka metoda powoduje nawarstwianie się problemów do olbrzymich rozmiarów i odkładanie ich na później skutkuje często dojściem do nieuchronnego zderzenia z betonową ścianą.
PZPN zastosował właśnie taką typową metodę „nic nierobienia” w co najmniej dwóch przypadkach istotnych dla kształtu przyszłych rozgrywek ligowych w Polsce. Pierwszym problemem jest tzw. kwestia 5 ujemnych punktów dla Lechii Gdańsk. Odkładanie tej kwestii na później zamiast spójnego przekazu prezesa PZPN lub przedstawiciela związku powoduje spadek autorytetu organizacji i samego prezesa. Nie oceniając merytorycznie sankcji nałożonych na Lechię, czy 5 punktów zostało odjęte przez organy związkowe zasadnie, czy bezzasadnie, chowanie głowy w piasek przez federację przy rozwiązaniu, w istocie sprawy, stworzonego przez siebie problemu (proces przyznawania licencji), wykreował nierozwiązywalny problem. Do tego nakłada się okoliczność sugerowania Lechii, że istnieje możliwość „oddania” tych 5 punktów. Naprawdę? A jak na taki fakt zareagują inne kluby walczące o utrzymanie w elicie, jak Widzew, Piast czy Cracovia? To jest właśnie efekt odkładania rozwiązania kryzysu na później.
PZPN po zakończeniu prawomocną decyzją postępowania licencyjnego orzekającego o odebraniu 5 punktów Lechii nie ma możliwości jej wzruszenia, tj. zmiany tej decyzji. Nawet przez Komisję ds. Nagłych, bo cóż to za nagła i pilna sprawa. W tej sytuacji właściwym w tej procedurze byłby tylko Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie. Lechia przegapiła jednak termin na złożenie skargi i tym samym sama - z powodu swojej ignorancji - odebrała sobie szansę, choć właściciel klubu Paolo Urfer zapewniał, że ma obsługę prawną klasy światowej.
Drugim przypadkiem jest toczący się spór na linii Śląsk Wrocław- Wisła Kraków i bezczynność PZPN. Nie chodzi mi o toczące się postępowania przed właściwymi organami federacji dotyczące walkoweru i innych sankcji dla Wisły za brak gotowości do rozegrania meczu we Wrocławiu, zaś dla Śląska za nieusprawiedliwioną odmowę wpuszczenia na trybuny kibiców gości. Problem w tym, że PZPN nie usuwa przyczyn takiej patologicznej sytuacji, tylko zajmuje się jej skutkami. Przecież przyznając licencję Śląskowi i Wiśle, nie zminimalizował ryzyka powtórzenia takiej sytuacji w przyszłości; chyba że decydenci związkowi chcieli „obdarować” tym problemem Ekstraklasę SA, jako regulatora prowadzącego rozgrywki. Kibica, szerszej masy nie da się jednak zwieść i okłamać, stąd też w efekcie nic nierobienia może ponieść się po stadionach niezbyt kulturalna, choć chwytliwa przyśpiewka: „je..ć PZPN”.
_______________________________________* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław
Paolo Urfer zawalił sprawę odjętych Lechii 5 punktów, więc jej kibice już w lutym dali temu dobitny wyraz. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
