Dyktator z ulicy Francuskiej
Żołnierz i dziennikarz, który trząsł śląskim sportem. Barwne życie i tragiczny koniec majora Żuławskiego
Uczestnicy ostatniego walnego zebrania PZB. w Poznaniu. Szeliga-Żuławski stoi w drugim rzędzie drugi od prawej. Fot. Archiwum Raz Dwa Trzy.
Gdy koszykówka w Polsce raczkowała, podlegała pod Polski Związek Palanta i Gier Ruchowych z siedzibą w Katowicach. Szefem tej organizacji był major Juliusz Szeliga-Żuławski, postać barwna i częstokroć kontrowersyjna.
W cieniu palanta
Kiedy środowisko koszykarskie podjęło próbę usamodzielnienia się i powołania osobnej federacji, Żuławski zareagował oficjalnym pismem. Na łamach „Przeglądu Sportowego” stwierdził wprost: „Tworzenie nowego związku dla piłek koszykowej i siatkowej nie jest słuszne!”. Wykorzystując swoje wpływy w warszawskiej centrali sportowej, zablokował inicjatywę działaczy z Krakowa i Łodzi, uniemożliwiając legalizację nowej federacji.
W zamian przedstawił propozycję kompromisową: autonomiczne sekcje mogły powstawać i finansować się samodzielnie w dowolnych ośrodkach, jednak ich główny zarząd musiał pozostać podporządkowany dotychczasowym strukturom podległym majorowi. Wszystkie zgłoszenia chętnych do współpracy organizacji kierowano na prywatny adres Żuławskiego przy ulicy Francuskiej 6 w Katowicach.
Rozwiązanie to tymczasowo wygasiło spór. Dążenia działaczy koszykówki, siatkówki oraz piłki ręcznej do pełnej niezależności od Polskiego Związku Gier Ruchowych (w którym dominował tradycyjny palant) sprawiały jednak, że podział i ponowny konflikt w strukturach pozostawały kwestią czasu.
Mistrz reportażu
Gdyby Szeliga-Żuławski żył dzisiaj, nazwalibyśmy go rekinem mediów. W latach dwudziestych na Śląsku był po prostu monopolistą. Jako stały korespondent „Przeglądu Sportowego” stworzył w swoim mieszkaniu przy Francuskiej 6 centrum dowodzenia lokalną prasą. Kto chciał zaistnieć w mediach, musiał grać na jego warunkach. Pióro majora było ostre, wojskowe i bezkompromisowe, ale jego największym kunsztem były reportaże i wywiady. Żuławski potrafił stworzyć niesamowity nastrój. Nie pytał o suche fakty - szukał człowieka. Genialnym tego dowodem były jego wieczorne, knajpiane rozmowy z pionierami śląskiego boksu, jak choćby z prezesem Wieczorkiem i kapitanem Snopkiem. Major potrafił bezbłędnie oddać klimat dymu, brzęku kufli i śląskiej dumy. Kiedy uścisnął ich „stalowe dłonie”, Willi Snopek, ikona tamtejszego ringu, z miejsca rzucił z twardą, śląską godnością: - Niech tam piszą co chcą w Warszawie i Poznaniu – my Polacy na Górnym Śląsku byliśmy pierwszymi pięściarzami w Polsce. Kiedy tam jeszcze nikt o ringu nie słyszał, myśmy tu już pluli krwią za polskie barwy.
Snopek z pasją wyliczał początki w 1920 roku, walkę z niemieckimi rywalami i budowanie federacji, po czym nagle z impetem przerwał własną opowieść: „Niechże on panu dalej opowiada, ja napiję się piwa przez ten czas". Gdy pałeczkę przejął prezes Wieczorek, sypiąc statystykami i nazwiskami kolejnych mistrzów, stary... 40-letni już mistrz spokojnie sączył swój trunek. Dopiero na koniec, pytany o własną przyszłość i surową technikę dawnych lat, Snopek postawił kropkę nad i, ucinając krótko, po górniczemu: „Tego roku stanę do ostatniej, pożegnalnej walki, a potem szlus”.
Likwidator teatru i głos radia
W latach 1926-27 major Żuławski jest jedną z najbardziej wpływowych postaci w Katowicach. Jako likwidator wkracza do luksusowego teatru „Apollo”, tnąc koszty i zarządzając majątkiem ówczesnej bohemy. Wspólnie ze starostą i pułkownikiem Sztabu Generalnego Drappellą dyktuje wojskowe budżety dla powiatu. Swoją pozycję umacnia jako prezes Śląskiego Związku Dziennikarzy Sportowych oraz szef Komitetu Powiatowego Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego, co pozwala mu kontrolować zarówno regionalną prasę, jak i państwowe dotacje dla klubów.
Zostaje oficjalnym i jedynym głosem działu sportowego Polskiego Radia Katowice - to na jego adres przy ul. Francuskiej 6 spływają wszystkie doniesienia z regionu. Gdy popada w konflikt z piłkarskim GZOPN-em, organizuje bezwzględny, prasowy bojkot meczów piłkarskich, udowadniając swoją potęgę informacyjną.
Punktem kulminacyjnym jego oficjalnej pozycji był październik 1927 roku. Podczas uroczystego otwarcia Stadionu Miejskiego w Królewskiej Hucie przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, to właśnie major Żuławski – jako prezes Śląskiego Związku Dziennikarzy Sportowych – witał głowę państwa i składał jej oficjalne życzenia w imieniu warszawskiej centrali i „Przeglądu Sportowego".
Sfałszowane czeki
W październiku 1927 roku, u szczytu chwały, major przeżywa dramat. Zostaje oskarżony o sfałszowanie czeku na astronomiczną kwotę 22000 zł z Państwowych Wodociągów, gdzie pracował jako dyrektor buchalterii. Proces ruszył w marcu 1930 roku. Dziennik Kattowitzer Zeitung opisywał to jako „sensacyjną aferę fałszerzy czeków przeciwko Juliuszowi Szelidze-Żuławskiemu i prywatnemu detektywowi Andrzejowi Gojtce”.
Sąd przypominał teatr: współoskarżony detektyw bije pięściami w stół, a świadek-adwokat zasłania się amnezją. Żuławski broni się swoją wiedzą o grafologii. Dyrekcja Wodociągów nazywa go wzorowym urzędnikiem. Wydawało się, że Żuławski może trafić do więzienia, ale nieoczekiwanie nastąpił zwrot akcji. Oskarżenie załamało się, gdy świadkowie ujawnili, że policja kryminalna namawiała współoskarżonego detektywa do złożenia fałszywych zeznań w zamian za obiecaną przez województwo nagrodę finansową. Dzięki ekspertyzie profesora Króla z Krakowa, która wykazała, że podpis majora został prymitywnie odrysowany przez kalkę, sąd uniewinnił Żuławskiego.
Czystka w hotelu „Savoy”
W maju 1933 roku major Żuławski przewodniczył nadzwyczajnemu zgromadzeniu śląskich dziennikarzy sportowych w katowickim hotelu „Savoy”, które zjednoczyło dwa dotychczas skłócone obozy publicystów. Podczas obrad przeprowadzono radykalną czystkę personalną: zawieszono nieczynnych zawodowo członków, a Sąd Honorowy usunął Rudolfa Nilfkę z „Oberschlesischer Kurier” za wygłaszanie proniemieckich deklaracji wobec zagranicznych delegatów.
Sytuacja zaostrzyła się, gdy Żuławski – powołując się na ustawę o stowarzyszeniach – stanowczo zakazał dziennikarzom mniejszości niemieckiej przemawiania w sali po niemiecku. W reakcji na wniosek redaktora Alfusa o wykluczenie ze związku wszystkich osób piszących dla pism niemieckich (m.in. „Kattowitzer Zeitung” czy „Morgenpost”), obecni na sali Niemcy opuścili zgromadzenie. Po ich wyjściu wybrano nowe władze, w których Żuławski objął funkcję członka Sądu Honorowego, a związek uchwalił oficjalny bojkot prasowy organizacji współpracujących z mediami hitlerowskimi.
Tragiczny koniec
Podsumowanie losów Juliusza Szeligi-Żuławskiego przynosi encyklopedia Bogdana Tuszyńskiego. W sierpniu 1939 roku, w obliczu nadchodzącego konfliktu zbrojnego, 53-letni major został zmobilizowany. Mimo że w okresie międzywojennym przeszedł przez skomplikowane procesy sądowe, zarządzał instytucjami finansowymi, radiem, teatrami i strukturami sportowymi, w obliczu wojny powrócił do swojej pierwotnej roli – oficera Wojska Polskiego.
Dawny obrońca Lwowa i Legionista nie podjął próby ewakuacji z kraju. Wyruszył na front wraz ze swoim oddziałem naprzeciw niemieckiej agresji. Major Juliusz Szeliga-Żuławski zginął z bronią w ręku w pierwszych dniach września 1939 roku, do końca pozostając wierny żołnierskiej przysiędze.
Piotr Płatek
