Dwunastu silnych ludzi

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz

Zbliża się święto polskiej koszykówki, czyli EUROBASKET w Katowicach. Już kupiłem bilety i zarezerwowałem terminy w kalendarzu, oczywiście na mecze Polaków w Spodku. Zagramy ze Słowenią, Izraelem, Islandią, Francją i Belgią. Przebywając tak długo w bliskich mi Katowicach - choć z Gdyni to kawał drogi - nie omieszkam odwiedzić koleżanek i kolegów w redakcji „Sportu”. Być może wysłucham trochę pochwał i więcej połajanek za moje felietony? Czytelnicy i koledzy po piórze to najlepsi recenzenci.

Odwiedzę też kluby bluesowe na Górnym Śląsku, nie ma ważniejszego miejsca dla mojej ukochanej muzyki. Blues is the roots, czyli wszystko w muzyce ma korzenie w bluesie wymyślonym przez niewolników na amerykańskich plantacjach. Gdy jest mi źle, to słucham Ryszarda Riedla, Tadeusza Nalepy, BB Kinga, Johna Lee Hookera, Roberta Johnsona i innych legend. Mam szczęście, że dwa kroki od mojego domu funkcjonuje gdyński Blues Club, jeden z najlepszych w kraju.

Wracam do basketu: zlokalizowanie mistrzostw Europy w czterech krajach jeszcze jakiś czas temu wydawałoby się fanaberią, dziś to norma. Z Cypru na Łotwę kawał drogi, ale popularyzacja dyscypliny to solidny argument. Biało-czerwoni nie będą faworytami tego turnieju, to nie czasy, gdy drużyny prowadzone przez Witolda Zagórskiego, Zygmunta Olesiewicza, Jerzego Świątka i Andrzeja Kuchara (z „Bilem” Nowakiem w roli asystenta) siały postrach w świecie. Teraz jesteśmy co najwyżej średniakiem, no i jeszcze bez kontuzjowanego Jeremiasza Sochana. Zielonowłosy gracz NBA to wnuk moich przyjaciół, Lucyny i Juliusza, syn koszykarki Polonii Warszawa Anety. Bez wątpienia byłby on wartością dodaną tej reprezentacji; bez niego trudniej będzie o zwycięstwa, nawet przy wypełnionych trybunach „Spodka” (w to akurat nie wątpię). Ale trzeba być optymistą. Skoro polscy hokeiści mogli w tym  samym miejscu odprawić z kwitkiem słynnych Rosjan zwanych wtedy „kacapami”, to i koszykarze mogą zawalczyć z taką potęgą jak Francja.

Dużo było szumu w związku z milczeniem Dzwonu Zygmunta w chwili zaprzysiężenia prezydenta Karola Nawrockiego. Powód okazał się prozaiczny. Do rozbujania spiżowego giganta potrzeba dwunastu silnych ludzi, a do roboty stawiło się tylko ośmiu. Przypomina się kultowy film „Dwunastu gniewnych ludzi” z kapitalnym polskim dubbingiem, w którym znaczącą rolę odegrał mój tata Zygmunt. Na miejscu zawiadującego największym polskim dzwonem pofatygowałbym się do pośredniaka i zwerbował kilku chętnych. Kto oglądał przezabawny film Jerzego Gruzy „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”, ten wie, co mam na myśli. Rozhuśtanie dzwonu to nie mecz piłkarski, gdzie w niepełnym składzie można grać przeciwko liczniejszym rywalom. Na boiskach niższych lig zdarza się, że wesele zdekompletuje drużynę, która przyjedzie dwiema osobówkami i zagra w dziewięciu, a walczy jakby było ich jedenastu. Dzwonnicy z Wawelu nie udźwignęli zadania.

Sam kiedyś załapałem się w ten sposób do gry w rezerwowej drużynie Marymontu Warszawa w klasie B, czyli najniższej. Jako 16-latek szedłem sobie ulicą Potocką na randkę ze szkolną koleżanką, gdy ze stadionowej bramy wyskoczył typ w bordowej klubowej koszulce i zapytał, czy nie chciałbym pograć w piłkę, bo składu nie mają? Miłość do sportu wygrała z uczuciem do koleżanki i pod lewym nazwiskiem Czesiek Malinowski zagrałem na prawej obronie. Moim zadaniem było tylko faulowanie rywali i walenie długiej piłki przed siebie. Zagrałem na tyle poprawnie, że w kolejnym meczu wystąpiłem już pod własnym nazwiskiem.

Co drugi małolat marzy o karierze Roberta Lewandowskiego, a rodzice jeszcze te marzenia podsycają. Uda się jednemu z wielu tysięcy, co udowodnili kiedyś Anglicy. Z tysiąca trenujących tylko jeden zostaje wybitnym piłkarzem, dziesięciu dobrymi, stu przeciętnymi a reszta rezygnuje.

Zawiedzionym podpowiadam teqball, czyli grę w piłkę na zakrzywionym stole. Nowa dyscyplina podbiła Azję, świetnie się prezentuje w telewizji a w trakcie Igrzysk Europejskich w Krakowie była najchętniej oglądaną konkurencją, trybuny na Rynku Głównym w Krakowie pękały w szwach. Adrian Duszak to mistrz świata, w rodzinnej Ostrołęce kopał piłkę w okręgówce, teraz podróżuje po świecie i dobrze zarabia. Jego następcą jest 18-letni Marek Pokwap, bodaj najbardziej utalentowany zawodnik w niedługiej historii tej dyscypliny. Rodzice zainwestowali w stół, chłopak ciężko trenował każdego dnia i doszedł do perfekcji. Przypomina złotą medalistkę olimpijską Aleksandrę Mirosław, która dzięki tytanicznej pracy doszła do wielkich sukcesów w dyscyplinie równie niszowej jak teqball, tyle że olimpijskiej.

Powierzenie prowadzenia drugiej najważniejszej piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzemu Brzęczkowi to świetny ruch prezesa PZPN. Zaplecze pierwszej reprezentacji zyskuje wytrawnego fachowca i porządnego człowieka, którego bezsensownie zwolnił poprzednik Kuleszy na prezesowskim fotelu. Po wywalczeniu awansu do finałów Euro Brzęczek usłyszał „panu już dziękujemy” tylko po to, by na jego miejsce zatrudnić Paolo Sousę, jednego z większych miglanców wśród trenerów. Czy Zbigniew Boniek nie wiedział o jego wyczynach na Węgrzech (pobicie dziennikarza za krytyczne publikacje) i we Francji (kombinowanie przy transferach z prowizjami menedżerskimi w tle)? Tak czy siak Sousa czmychnął, gdy tylko dostał lepszą finansowo propozycję w realach brazylijskich. Co prawda to słabsza waluta od złotego, ale zer w kontrakcie było pewnie więcej. W krainie kawy też długo miejsca nie zagrzał, rozprawiano nawet o jego powrocie do Polski, ale to już byłoby przegięcie w kontekście ostatniej rejterady.

Powodzenia „Wujo”, wychowuj nowe pokolenia reprezentantów i podaj je przyjacielowi Janowi Urbanowi na złotej tacy.


Powierzenie prowadzenia drugiej najważniejszej piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzemu Brzęczkowi to świetny ruch prezesa PZPN. Zaplecze pierwszej reprezentacji zyskuje wytrawnego fachowca i porządnego człowieka, którego bezsensownie zwolnił poprzednik Kuleszy na prezesowskim fotelu. Fot. Marcin Bulanda/Pressfocus