Dwa teatry
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Tytuł tego felietonu zaczerpnąłem z jednego z najwybitniejszych polskich dramatów pióra Jerzego Szaniawskiego. To piękna opowieść o przemijaniu, zderzeniu marzeń z rzeczywistością, ulotności naszych pragnień i wyobrażeń. Trywializując nieco przesłanie wybitnego dramatopisarza porównam tę sztukę do dwóch meczów piłkarskich rozegranych w Warszawie w miniony weekend. Najpierw był wyblakły ligowy klasyk Legia - Widzew, po nim śląski finał Pucharu Polski Górnik - Raków. Na Łazienkowskiej bardzo mało było piłki w piłce. Nawet badający zawartość cukru w cukrze w filmie „Poszukiwany poszukiwana” wspaniały aktor Mieczysław Czechowicz, przez kolegów zwany „Krówką”- prywatnie działacz sekcji gimnastycznej Legii - nie znalazłby w tym meczu choćby procenta tego, co kilka dni wcześniej zaprezentowały PSG i Bayern w półfinale Ligi Mistrzów. Obejrzeliśmy piłkarski zakalec w całej okazałości. Mój sędziowski wychowanek, dziś ceniony ekspert telewizyjny Rafał Rostkowski, niepotrzebnie dolał oliwy do ognia sugerując, że to nie nieudolni piłkarze, a sędzia zepsuł mecz. Tymczasem Wojciech Myć sędziował na Legii koncertowo, był na boisku niezauważalny, co dla arbitra jest największym komplementem. Załóżmy nawet, że ostatni w meczu rzut wolny był podyktowany pochopnie, ale po jego wykonaniu z dala od bramki piłkarze obu drużyn wielokrotnie skiksowali w polu karnym, nie potrafili czysto trafić w piłkę, zderzali się głowami, a na koniec tej parodii padł chyba najbrzydszy gol w sezonie, wepchnięcie „płaczącej” piłki do bramki w ogromnym tłoku. Narzekanie na sędziów stało się już świecką tradycją, głos na ten temat zabierają nie tylko trenerzy i małoletni portalowi dziennikarze, lecz także ginekolog, kominiarz, pielęgniarka i hodowca drobiu, że o pryszczatych przedstawicielach gimbazy nie wspomnę. Fachowców ci u nas dostatek, a fraszka Boya-Żeleńskiego: „Krytyk i eunuch z jednej są parafii, każdy wie jak - żaden nie potrafi”, jest wiecznie żywa choć napisana 100 lat temu.
Jakże inna sytuacja miała miejsce w pamiętnym, nieszczęsnym meczu Szwecja - Polska. Tam słoweński sędzia - przez litość nie wymienię jego nazwiska - zagwizdał przewinienie Nicoli Zalewskiego, w którym faulu w faulu było jeszcze mniej niż teraz u legionisty, a gol padł bezpośrednio po dośrodkowaniu, nie bilardzie w polu karnym. Na szczęście dzień po meczu Legii z Widzewem w tym samym mieście stołecznym mieliśmy piękny spektakl i wyborne sędziowanie. Nie kryję, że w głębi serca kibicowałem Górnikowi, choć do Rakowa nic nie mam, a z jego prezesem Wojciechem Cyganem nawet się przyjaźnię. Mam do zabrzańskiego klubu wielki sentyment jeszcze z dawnych dziennikarsko-sędziowskich czasów. Nigdzie indziej nie spotkałem tylu fantastycznych ludzi jak na Roosevelta. Profesorowie Zbigniew Religa i Zygfryd Wawrzynek, kierownicy drużyny Marian Olejnik i Janusz Oster, cudowny rzecznik Bolek Niesyto. Ale najważniejsze były gwiazdy murawy: Staszek Oślizło, Włodek Lubański, Jurek Gorgoń. Nawet nie pałających do mnie sympatią (pewnie mieli powody) Huberta Kostkę i Piotra Jegora lubiłem. Pomeczowy uścisk dwóch legend Górnika - dawnej i obecnej - Stanisława Oślizło i Lukasa Podolskiego miał wymiar pięknego symbolu. Czy inne ligowe kluby zdobyłyby się na taki gest? Pewien nie jestem, ale mam nadzieję, że tak.
Jednym z największych zaszczytów, jakie mnie w życiu spotkały było zaproszenie do sędziowania meczu oldbojów Górnika w niemieckim Hahn. Zagłębie Ruhry to matecznik osiadłych w Niemczech Ślązaków. Na corocznych meczach starszych panów z Zabrza gromadzą się tysiące fanów. Tych pamiętających złote czasy, ale także ich synów i wnuków. W tym sędziowanym przeze mnie dobre dwie dekady temu meczu grali najwięksi z wielkich. Między innymi Zbigniew Szołtysik i dr Józef Kurzeja, którego kibice powitali jak przed laty chóralnym śpiewem „Kurzeja z woleja”. Sobotni sukces może/musi być kamieniem milowym w historii klubu. Nie po to zabrzańska społeczność tyle lat czekała na ten wielki trumf, by teraz to zaprzepaścić. Niech wrócą wspomnienia i następcy Jana Ciszewskiego, Dariusz Szpakowski i Mateusz Borek, znów zakrzyczą do mikrofonu: „Górnik proszę państwa, sprawiedliwości stało się zadość!”.
Afera kryptowalutowa dosięgnęła sportu, kilka polskich klubów poślizgnęło się na niej jak na skórce od banana. Buńczuczny prezes PKOL Radosław Piesiewicz musiał pod osłoną nocy demontować neon przed siedzibą. Prezes czuje wsparcie z Pałacu Prezydenckiego i to obecnie jego jedyny atut. A Prezydent Karol Nawrocki sport lubi i czuje. Jego obecność na ceremonii wręczenia medali po finale Pucharu Polski na pewno dodała wydarzeniu rangi. Niby ten finał od lat rozgrywany jest pod patronatem Prezydenta RP, ale w przeszłości różnie z obecnością najważniejszej osoby w państwie bywało. Generał Wojciech Jaruzelski wyniośle ignorował, Aleksander Kwaśniewski uczestniczył zawsze, Lech Wałęsa przysyłał swojego ministra, znanego piosenkarza Piotra Szczepanika, tylko raz chyba zajrzał Lech Kaczyński, znawca sportu w przeciwieństwie do swojego brata bliźniaka. Kiedyś dowcipny spiker na finale z udziałem reprezentującego Wałęsę Szczepanika puścił z głośników jego przebój „Żółte kalendarze”, publiczność oczekiwała, że minister zaśpiewa, ale nie zaśpiewał...
Tegoroczny finał był ostatnim wielkim meczem sędziowanym przez Jarosława Przybyła, dumę Kluczborka. Nie zrobił kariery Jarguza ani Marciniaka, ale jego solidność i profesjonalne podejście do obowiązków sprawiły, że wyznaczany był na mecze najwyższego ryzyka. Zasłużył sobie na ten finał i medal z rąk Prezydenta Polski. Miniony weekend podzieliłem między moje dwie pasje - sport i muzykę. Nawet w trakcie transmisji z meczów słuchałem listy polskich przebojów radia 357, którego wraz synem Tomaszem jestem patronem obok tysięcy fanów dobrej muzyki i mądrego słowa. O sporcie śpiewa się bardzo rzadko, pamiętam tylko cepeliowy przebój Maryli Rodowicz, piosenkę Bogdana Łazuki o Piechniczku i Bońku oraz „Trzech przyjaciół z boiska” Chóru Czejanda, wykorzystanych na koniec kultowego filmu „Piłkarski poker”. A szkoda, bo sport to całkiem dobry temat na ciekawy tekst na piosenkę, jednak współczesne piosenkareczki wolą same pisać infantylne teksty o niczym niż zaufać fachowcom. Takim choćby jak Bogdan Loebl, który wczoraj obchodził 95.urodziny. Jego niezapomniane teksty „Modlitwa”, „Kiedy byłem małym chłopcem” i „Rzeka dzieciństwa” zostały przejmująco wyśpiewane przez Tadeusza Nalepę, który sam był wielkim fanem piłki nożnej, grywał z innymi muzykami w koncertowych trasach. Kultura fizyczna i duchowa mają ze sobą wiele wspólnego.
To był wielki dzień Górnika Zabrze. Fot. Weronika Morciszek
