Drużyna dojrzewała jak wino
Rozmowa z Tadeuszem Pawłowskim, legendarnym trenerem i piłkarzem Śląska Wrocław
Piotr Samiec-Talar – prawdziwy „samiec alfa” we wrocławskiej ekipie! Fot. Gleb Soboliev / Press Focus
Śląsk już w poniedziałek mógł „przyklepać” powrót do ekstraklasy, ale tego nie zrobił, bo nie wygrał. Serducho pana zabolało?
- Nie. Bez rozczarowania przyjąłem ten remis, bo on... miał prawo się wydarzyć. ŁKS jest dobrze grającą drużyną, natomiast osłabienie Śląska w środku pola było duże. Michał Mokrzycki z Piotrem Samcem-Talarem stworzyli w tej rundzie bardzo dobry duet, więc brak tego pierwszego był widoczny. Ale o awans jestem spokojny, nie tylko w kontekście decyzji o braku licencji dla Wieczystej. Drużyna wrocławska jest dziś na tyle mocna i stabilna, że w ostatnich dwóch kolejkach nie może jej się przydarzyć nic złego. Cieszę się, że do ekstraklasy wracają „kultowe” zespoły, czyli Wisła i Śląsk, i będzie mieć ona w przyszłym sezonie dwie drużyny o pięknej historii i tradycji. A być może dojdzie do tego jeszcze wspomniany ŁKS, który – jak powiedziałem – gra dobrą piłkę.
Śląsk wywalczył sobie tę ekstraklasę udaną wiosną, wcześniej nie zawsze bywało tak dobrze...
- Bo ta drużyna do obecnego etapu – dużej pewności siebie i stabilności – dojrzewała jak wino. A kwintesencją tego procesu był mecz z Górnikiem Łęczna, wygrany na wyjeździe 4:0. Podobała mi się w tym spotkaniu jakość tego zwycięstwa: gra była płynna, a nie szarpana; nie było głupich strat piłki. Ta jakość napawa optymizmem na przyszłość. Powrót z 0:2 do 2:2 w spotkaniu z ŁKS-em też jest dobrym prognostykiem, a przecież w końcówce Śląsk miał nawet okazję, by ten mecz wygrać.
Ante Simundža ze Śląskiem spadł z ekstraklasy, teraz do niej wrócił. I powinien w niej dostać drugą szansę?
- To dobry trener. Wciąż jestem blisko klubu i wiem, że nie było w nim przez cały rok żadnych skandali, żadnych kłótni. Owszem, były wahnięcia formy, ale Simundža to facet, który zna się na swym fachu. Kiedy – między innymi dzięki Lamine Ba, wygrywającemu sporo powietrznych pojedynków – udało się ustabilizować grę obronną, dobrze się patrzyło na mecze Śląska. A wracając do trenera – zdecydowanie kontynuowałbym z nim współpracę. Zresztą wydaje mi się, że jego kontrakt – z racji awansu – przedłuża się automatycznie.
Śląsk, spadając z ekstraklasy, miał w kadrze kilkunastu obcokrajowców. Obecnie jest ich ok. dziesięciu, a w jedenastce dominują Polacy. Czy dla wyników – pana zdaniem – to też ma znaczenie?
- Mam wrażenie, że te proporcje między Polakami a cudzoziemcami są odpowiednio zrównoważone. Nie ma sytuacji, w której ten stosunek wynosi 10 do 1 albo 8 do 3 na korzyść obcokrajowców. A będzie – mam nadzieję – jeszcze lepiej. Bo jest plejada chłopców siedzących na ławce bądź dostających od czasu do czasu szansę gry, którzy są wychowankami Śląska. Naliczyłem ich bodaj ośmiu, a będzie ich przybywać. Część z nich grała w akademii klubowej jeszcze w czasach, gdy ja byłem jej dyrektorem. Jestem więc optymistą: nie wiem, jak i kiedy zostanie wprowadzony w życie pomysł PZPN-u dotyczący liczby Polaków w meczowej kadrze drużyn ekstraklasy, ale akurat Śląsk – jak sądzę – nie będzie mieć problemów z wypełnieniem ewentualnych limitów.
Pan mówi o okresie „dyrektorowania” akademii. A ja się jeszcze cofnę i zapytam o chłopaka, którego wprowadzał pan jako trener do seniorskiej drużyny. Mam na myśli Piotra Samca-Talara. On gra już tak, jak pan sobie wówczas wyobrażał?
- Pamiętam jak dziś jego debiut w końcówce meczu z Miedzią w Legnicy – jako 17-latka. Fajnie się od tamtej pory rozwinął, a dziś ma dużą lekkość w grze, jeszcze podsycaną tym, że strzela ważne bramki. Jestem pewien, że to nie jest jeszcze szczyt jego możliwości. Że jego talent dopiero eksploduje na boiskach ekstraklasy.
Gdybym zapytał pana o kluczową postać tego dzisiejszego Śląska, to kogo by pan wskazał? Właśnie jego?
- Piłka to sport zespołowy, cała drużyna musi mieć mentalność zwycięzców; pokazywać, że każdemu z osobna zależy na wrocławskim futbolu. Nie chciałbym indywidualizować cenzurek. Przy okazji takich pytań zawsze wspominam nasz mistrzowski team z 1977, w którym byli tacy zawodnicy, jak Kalinowski, Garłowski, Żmuda, Erlich, Sybis. Każdy z nas był kozakiem na boisku, z wielkim charakterem, ale – moim zdaniem – najważniejszy był zespół. Oczywiście potrzeba takich graczy, jak Mokrzycki czy Samiec-Talar. Takich, którzy czasem w pojedynkę odwrócą losy meczu. Ale podstawą jest zespół: muszą się w nim uzupełniać ci, którzy grają na fortepianie, z tymi, którzy... go noszą.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
