Dreszczowiec w Portugalii

Po starciu z Benficą Wojciech Szczęsny mógł dziękować kolegom z linii ofensywnej za uratowanie zwycięstwa.

Wygrana w szalonych okolicznościach smakuje jeszcze lepiej. Fot. PAP/EPA

Trener Barcelony Hansi Flick po raz kolejny zaufał Wojciechowi Szczęsnemy. Najpierw Polak zaprezentował się w barwach Barcelony w Pucharze Króla, później w Superpucharze Hiszpanii. W finale tych drugich rozgrywek zobaczył czerwoną kartkę, co teoretycznie mogło przekreślić jego szansę w rywalizacji z Inakim Peną. Tymczasem niemiecki szkoleniowiec zdecydował się postawić na Szczęsnego we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów. Podejrzewamy, że po 45 minutach żałował tej decyzji.

Timing był dobry…

Oczywiście Barcelona ostatecznie wygrała z Benficą 5:4 w nieprawdopodobnych okolicznościach. Spotkanie w Lizbonie mogło ułożyć się jednak znacznie spokojniej, gdyby nie błędy Polaka. Najpierw przy golu na 1:2 dla Portugalczyków zdemolował na przedpolu partnera z zespołu, Alejandro Balde. Obaj biegli do piłki, aby zatrzymać akcję Benfiki. Ich zderzenie spowodowało, że Vangelis Pavlidis strzelił do pustej bramki. Polak próbował po meczu, przed kamerami „Canal+”, tłumaczyć, skąd wzięło się nieporozumienie w linii obrony. – Timing wyjścia był dobry, ale Balde mnie nie usłyszał. Tak się zdarza, jednak szkoda, że nam się to przytrafiło. Na szczęście konsekwencją była stracona bramka, a nie stracone punkty – mówił po spotkaniu 34-letni golkiper.

Nie była to jedyna interwencja Szczęsnego w pierwszej połowie, która wzbudziła spore zamieszanie. Chwilę później Polak odważnie wyszedł do pojedynku z Keremem Akturkoglu. W efekcie sfaulował Turka w polu karnym i Pavlidis bez problemu umieścił piłkę w siatce, strzelając z 11 metra.

Czarujący Brazylijczyk

Szczęście Szczęsnego oraz całej defensywy „Blaugrany” polegało na tym, że zespół Hansiego Flicka dysponuje niesamowitą jakością w linii ataku. Wygrana Barcelony nie jest kwestią przypadku, choć dwukrotnie w trakcie rywalizacji traciła do rywali dwa gole. Zwycięstwo jest przejawem tego, jak fantastycznych zawodników ofensywnych ma do dyspozycji niemiecki szkoleniowiec. Gol w 6 minucie doliczonego czasu tylko to potwierdza. Raphinha, z całą pewnością zmęczony trudami meczu, otrzymał długie podanie za linię obrony, ruszył z kontrą i samodzielnie, sprytnym strzałem pokonał bramkarza, gwarantując „Dumie Katalonii” trzy punkty. W takich okolicznościach zdarzyć się to mogło tylko Barcelonie i tylko brazylijskiemu skrzydłowemu, który przeżywa swój najlepszy sezon w karierze. W bieżących rozgrywkach Ligi Mistrzów zdobył osiem bramek w siedmiu spotkaniach.

Niesamowita średnia

O jedno trafienie lepszy od Brazylijczyka jest Robert Lewandowski. W starciu z Benficą były snajper Lecha Poznań, BVB i Bayernu Monachium popisał się dwoma trafieniami. Dwukrotnie podszedł do wykonania rzutu karnego i dwa razy był nieomylny. Ale ponieważ bramki padały po strzałach z „wapna”, wyczyn Lewandowskiego zszedł na drugi plan. Warto jednak docenić polskiego snajpera za zachowanie zimnej krwi. Ponadto należy podkreślić, że dzięki tym trafieniom Lewandowski zdobył już 103 bramki w Lidze Mistrzów. Utrzymał tym samym niesamowitą średnią 0,81 gola na mecz. Co ciekawe, w pierwszej dziesiątce najlepszych strzelców w historii Champions League, pod względem średniej goli lepszy jest od niego tylko Alfredo Di Stefano, legendarny piłkarz Realu Madryt, ze średnią 0,84 bramki na spotkanie. Różnica między nimi polega na tym, że 31-krotny reprezentant Hiszpanii strzelił znacząco mniej bramek. Jego licznik zatrzymał się na 49 trafieniach w rozgrywkach o Puchar Mistrzów.

Kacper Janoszka