Domofon, który zmienił życie
Góry oraz ultramaratony są lekarstwem na stresy, jakich Bartłomiej Język doświadcza w codziennej pracy trenera na szermierczej planszy.
Szpadzistki tuż po zdobyciu brązowego medalu igrzysk olimpijskich w Paryżu: Renata Knapik (z lewej klęczy,) Aleksandra Jarecka (siedzi); na drugim planie Alicja Klasik (z lewej) z Martyną Swatowską-Wenglarczyk. Wszystkie zdjęcia z archiwum trenera Bartłomieja Języka
Rodzinę stawia na pierwszym miejscu i ma doskonałe relacje ze swoimi synami: maturzystą Markiem i 13-letnim Tomkiem, z którymi realizuje sportową pasję. Ich górskie wyprawy są już owiane rodzinną legendą, a liczne zdjęcia świadczą o tym, że doskonale się bawią. Mąż i ojciec swoją pasję musi dzielić z pracą na szermierczej planszy, która pochłonęła go bez reszty. Bartłomiej Język, bo o nim mowa, doprowadził polskie szpadzistki do medalu olimpijskiego oraz kilku krążków mistrzostw świata i Europy. Trener - nie bójmy się tego słowa: wybitny -został jednak w mijającym roku odwołany z funkcji szkoleniowca kadry; w zamian powierzono mu stanowisko koordynatora pracy z młodzieżą we wszystkich broniach. - W związku dużo sobie obiecują po mojej misji i wiem, że będzie to odpowiedzialna praca. Mam świadomość, że jeśli chcemy mieć sukcesy na igrzyskach w niedalekiej przyszłości, już dziś musimy przyciągnąć młodzież do naszej dyscypliny. A nie będzie to łatwe, bo konkurencja jest ogromna – mówi trener Język.
Gdy żona Agnieszka usłyszała, co się wydarzyło, zauważyła z nadzieją: „Może wreszcie pomieszkasz więcej w domu”. Może tak, może nie... Jedno jest pewne: będzie miał zdecydowanie więcej czasu na bieganie po górach - to też jego wielka pasja. Nim jednak do niej przejdziemy, prześledźmy karierę szermierczą, bo ona również jest niecodzienna.
Zaczęło się od kłótni
O szermierczej planszy jako chłopak nie miał bladego pojęcia i ani przez chwilę nie pomyślał. Liczyła się tylko piłka nożna z chłopakami z okolicy, a potem, gdy przyszła moda na NBA, doszła koszykówka. Kibicował od zawsze Wiśle Kraków, bo tak nakazywała tradycja rodzinna, choć z okna swojego pokoju w domu rodzinnym... widział stadion Cracovii.
- Moja sportowa przygoda zaczęła się od... sporu z rodzicami (Maria i Grzegorz – przyp. red.) - uśmiecha się Bartłomiej, gdy przywołuje te wspomnienia. - Po czwartej roku nauki w mojej Szkole Podstawowej nr 31 następował podział na klasę sportową o profilu szermierczym i klasy zwykłe. Wszyscy moi kumple wybrali sportową, bo któż by nie chciał mieć kilku dodatkowych lekcji wychowania fizycznego! Nie jest tajemnicą, że nie widzę na jedno oko, więc gdy rodzice usłyszeli o moim pomyśle, nie byli zachwyceni, bo sobie wyobrażali jakieś tragiczne wydarzenia na planszach. Gdy powiedzieli stanowcze „Nie!”, najpierw „zachorowałem”, a potem miałem nawet w głowie pomysł, by... dać dyla z domu. W końcu rodzice po rozmowie z dyrektorem ds. sportowych Ryszardem Rutkowskim, mistrzem Polski w szpadzie, zgodzili się, bym chodził do tej klasy, ale... nie brał broni do ręki. Zajęcia głównie polegały na pracy nóg, bo przecież to jeden z najważniejszych elementów. Któregoś dnia zarządzono pierwsze walki już ze sprzętem. Miałem to szczęście, że była nieparzysta liczba ćwiczących, więc przydzielono mnie do koleżanki. Tato szybko się zorientował, że próbowałem swoich sił z floretem i w końcu machnął ręką.
Przygotowanie motoryczne przyszłych mistrzów fechtunku było niemal perfekcyjne, a potem rozpoczęły się regularne zajęcia w Krakowskim Klubie Szermierzy, do którego z domu miał... kilka kroków, o czym wcześniej nie wiedział.
Dres w rozmiarze XXL
Bartek wraz z kolegami wpadł w sportowy reżim: treningi, zawody, zgrupowania letnie i zimowe, a potem medale indywidualne i drużynowe. Lata 90. to nie był dobry czas dla sportu, szermierka to przecież dyscyplina niszowa. Względy ekonomiczne zadecydowały, że w klubie najpierw padła szabla, a po niej floret. Eugeniusz Olesiak, trener szpadzistów, zdecydował się zaś na wyjazd do pracy w Mediolanie.
- Zdaliśmy maturę i mieliśmy przejść do seniorów, ale wszystko się rozpadło - dodaje nasz bohater. - Trudno obarczać winą trenera, który chciał sobie polepszyć byt. Miałem jeszcze epizod - nieudany, niestety - we Wrocławiu u trenera Adama Medyńskiego. Od tego momentu przez cztery lata nie miałem nic wspólnego z szermierką, moja głowa była zaprzątnięta studiowaniem chemii na Politechnice Krakowskiej. Ostatecznie ich nie skończyłem, choć na czwartym roku miałem już temat pracy magisterskiej. Za to poznałem tam żonę, Agnieszkę, która jest doktorem chemii, więc czasem w domu się śmiejemy, że jak podzielimy jej tytuł naukowy między nas, wyjdą dwa „magistry”. Wówczas ważyłem prawie stówkę i o sporcie zapomniałem, aż pewnego razu, w 2002, zadzwonił domofon i usłyszałem głos trenera Olesiaka.
- Wróciłem z Mediolanu może pokazałbyś się w klubie? Może coś razem zrobimy - zapytał.
- Trenerze, ja w żaden dres nie wejdę, bo taki jestem gruby - odpowiedziałem.
W klubie nie było nikogo - wszyscy w międzyczasie przenieśli się do AZS-u AWF-u Kraków. Rozmowa z trenerem jednak sprawiła, że nie zostałem chemikiem; zwyciężyła we mnie szermierka. I tak zaczęliśmy wspólnie pracować, przychodziły sukcesy we wszystkich kategoriach wiekowych, a ja zdobyłem wraz z drużyną szpadzistów zdobyłem wicemistrzostwo Polski seniorów w 2011 r.
Nowicjusz na głębokiej wodzie
Trenerskie szlify zdobywał u cenionego profesora Zbigniewa Czajkowskiego w katowickiej AWF, zaś w KKSz. miał pod opieką Aleksandrę Zamachowską (później Jarecką) oraz Renatę Knapik (Miazgę), późniejsze medalistki mistrzostw Europy, świata oraz ostatnich igrzysk w Paryżu.
- Do tej pory nie wiem, dlaczego w maju 2016 r. otrzymałem nominację na trenera kadry, gdy związkiem kierował Jacek Bierkowski – zastanawia się nasz bohater. - Owszem, wcześniej współpracowałem z trenerem kadry juniorek, Arturem Fajkisem (obecnie opiekuje się „dorosłą” kadrą – przyp. aut.) oraz szkoleniowcem seniorek Michałem Morysem, ale wśród renomowanych trenerów byłem nowicjuszem (śmiech). Miałem zaledwie 38 lat i gdy obejmowałem zespół narodowy, szpadzistki były na 14. miejscu w światowym rankingu. Moim zadaniem było wywalczenie nominacji na igrzyska w Tokio.
Krok za krokiem do Tokio
By znaleźć się w światowej czołówce, zespół musiał mozolnie się wspinać i zdobywać coraz lepsze lokaty w zawodach Pucharu Świata i rangi mistrzowskiej. - Miałem to szczęście, że trafiłem na grupę sportsmenek-profesjonalistek, które nie tylko trenowały, ale również studiowały czy też realizowały się zawodowo – po chwili zadumy zaznacza nasz bohater. - Mam do nich ogromny szacunek za ich trud i lata wyrzeczeń. Oczywiście nie ustrzegłem się błędów. Wiele razy się na mnie boczyły, ale i... vice versa; w moim przekonaniu z tym boczeniem się na siebie nawzajem wychodzimy na remis (śmiech). Praca z kobietami do łatwych nie należy; czasami działałem po omacku, intuicyjnie, ale w gruncie rzeczy wyszliśmy na swoje.
Każdy sukces szpadzistek i drogę na igrzyska Bartek wspomina z nostalgią. Sukcesy w Lipsku 2017 r. chyba przerosły oczekiwania. Ewa Nelip (obecnie Trzebińska) została wicemistrzynią świata, przegrywając w finale z Tatianą Gudkową. Natomiast w drużynie wręcz zmiotła Rosjankę z planszy (5:0). Nasze szpadzistki sięgnęły po brąz i to była zapowiedź marszu w górę. Medale srebrny i złoty w mistrzostwach Europy 2018 i 2019, zwycięstwa i wysokie miejsce w Pucharze Świata pozwoliły zakwalifikować na igrzyska w Tokio.
- Ciągle, może nawet do znudzenia, będę powtarzał, że na sukces pracuje szeroka grupa zawodniczek i trenerzy klubowi – mocno akcentuje nasz rozmówca. - Mieliśmy wysokie oczekiwania, tymczasem życie przyniosło nam niespodziankę. W marcu 2020 r. przez covid świat dla nas wszystkich się zamknął. Ostatecznie zadecydowano, że igrzyska odbędą się za rok w reżimie pandemicznym. To był horror: testy na każdym kroku, rygory i rywalizacja bez publiczności. Wiedzieliśmy, że w Tokio o półfinał będziemy walczyć z Estonkami, z którymi raz wygraliśmy. Niestety, była przegrana i w rezultacie 6. lokata. Zawodniczki, w moim przekonaniu, były dobrze przygotowane, ale nie udźwignęliśmy ciężaru oczekiwań, jaki nam towarzyszył. Ochota na medale była ogromna, otoczka igrzysk też dołożyła swoje, a mnie nie wypadało nic innego, jak wziąć winę siebie.
Spełnione marzenia...
Po igrzyskach w Tokio dla pań i ich trenera nastał niezwykle trudny czas. Wszyscy snuli plany rodzinno-zawodowe i trzeba było podejmować ważne decyzje. Do Paryża pozostały zaledwie trzy lata, zespół znów czekała walka o kwalifikacje, ale już z zupełnie innej pozycji. Polskie szpadzistki miały swoją renomę i uznaną pozycję, więc nie schodziły z podium MŚ. W 2022 r. w Kairze zdobyły brązowy medal w mocno odmienionym składzie, zaś rok później w Mediolanie stanęły na najwyższym stopniu podium. Igrzyska w Paryżu stanęły otworem.
Regulamin doboru składu był jasny: jadą dwie pierwsze ze związkowego rankingu oraz dwie z wyboru szefa kadry. Trener markotnieje, gdy zaczynam mówić o tym niesłychanie złożonym problemie. Skończyło się jednak tak, że Aleksandra Jarecka pojechała i zdobyła zwycięski punkt, decydujący o brązowym medalu. Szpadzistki i ich szkoleniowiec spełnili marzenia, bo po 16 latach polska szermierka może się pochwalić medalem IO (w Pekinie w 2008 r. po wicemistrzostwo olimpijskie sięgnęła drużyna szpadzistów).
... i bolesne polskie piekiełko
- Dlaczego u nas tak jest, że zamiast cieszyć się z sukcesu i medalu roztrząsa się to, co było wcześniej? – zastanawia się nasz rozmówca. - Po przyjeździe z Paryża wzniecało się kolejne dyskusje o wyborze. To dla mnie zbyt bolesne, nie chciałbym do tego wracać.
Po igrzyskach i po wyborach w szermierczej centrali, doszło do roszad personalnych w gronie reprezentacyjnych trenerów. Bartłomiej Język, ku zaskoczeniu wielu obserwatorów szermierczego życia, nieoczekiwanie przestał piastować funkcję trenera kadry. Jego miejsce zajął Artur Fajkis, opiekun kadry juniorek.
- Nikt mnie nie zdegradował. Nastąpiła zmiana. To chyba naturalna kolej rzeczy, bo teraz reprezentacja zmienia swoje personalne oblicze – dodaje szkoleniowiec. Kadra szpadzistek składa się obecnie z młodych zawodniczek, które były w większości pod opieką Fajkisa. . - Na pewno nie traktuję tego w kategorii porażki. Działacze mieli prawo do zmian, a ja się cieszę, że nadal jestem w związku, choć w nieco innej roli. Każdemu trenerowi życzę sukcesów i kwalifikacji olimpijskich we wszystkich broniach. Miałbym wówczas ogromną radość.
W góry wyrusza się o 3.00 nad ranem!
Szermierka, jak już wspomnieliśmy, była pasją naszego bohatera. Ale gdy stała się pracą, zrodziła kolejną odskocznię od stresów i napięć, jakie mu towarzyszyły podczas zawodów i codziennych zajęć w szermierczej sali.
- Mam wspaniałą rodzinę i, na szczęście, góry w pobliżu – mocno akcentuje Bartłomiej. - Marek miał 4 lata, gdy wziąłem go na obóz klubowy w Bieszczady i przed zbliżającą się niedzielą wypaliłem do syna: „Pójdziesz ze mną w góry? Ale trzeba wstać o 3.00 rano!”. Od tamtego czasu dla Marka, a potem i Tomka, góry nie mają tajemnic. Schodziliśmy Bieszczady, Beskidy i Tatry. Marek trochę się wspina, zaś Tomek szalał na nartach w warunkach ekstremalnych. W ubiegłym roku złamał jednak rękę i trochę zwolnił w swoich szaleństwach. Jesteśmy dobrze przygotowani do wędrówek, bo skończyliśmy kurs turystyki zimowej, a z górami nie ma żartów. A tak na marginesie: podziwiam GOPR-owców i TOPR-owców za ich pracę, bo widziałem, jak nieodpowiedzialnie potrafią zachowywać się w górach ludzie.
Główny Szlak Beskidzki (500 km) tata z synem przeszli w 19 dni. A skoro góry zostały schodzone i dobrze poznane, trzeba uatrakcyjnić pasję. Bieganie maratonów dla Bartka wydawało się trochę za nudne. Szukał ekstremalnych wyzwań, a góry nadają się do nich wręcz idealnie.
Błąd amatora na... 120. kilometrze
Biega z reguły cztery razy w tygodniu na różnych dystansach. W pewnej chwili po głowie zaczęła krążyć mu myśl, by pokonać dystans 150 km - z Krynicy-Zdroju do Komańczy. Gdy wyjawił pomysł żonie i chłopakom, nie było w ich głosach entuzjazmu. Ale gdy zwiedzieli się o nim przyjaciele i koledzy, oniemieli z wrażenia. Jeden z nich stwierdził: „Chłopie, ja po 100 km jazdy samochodem czuje się zmęczony, a ty chcesz pokonać większy dystans biegiem? Szaleństwo!”. Owszem, dla przeciętnego zjadacza chleba, to wyczyn wręcz niewiarygodny, ale dla charakternego sportowca-amatora - przede wszystkim wyzwanie. Rok temu żona wraz z chłopakami towarzyszyli Bartkowi jako wsparcie. Synowie na mecie udzielali się jako wolontariusze, a potem Marek biegł na 10 km
- Najlepsi zawodowcy, zaprawieni w takich ultrabiegach, ten dystans pokonują w 16 godzin i to jest niesłychany wyczyn – wyjawia Bartek. - Wyznaczyłem sobie limit 35 godzin, ale - jak to bywa - zapłaciłem frycowe debiutanta. W regulaminie napisano, że na trasie trzeba mieć bluzę polarową. Październik jednak był ciepły, więc jej nie zabrałem. Tymczasem następnej nocy było bardzo zimno i to dało mi w kość. Ponadto moje obuwie nie było takie, jak powinno, więc stopy były w opłakanym stanie. W końcu na 120. kilometrze zupełnie niepotrzebnie wszedłem do ciepłego pomieszczenia i moja głowa powiedziała: „Nie!”. Po tym marszobiegu pojechałem na zgrupowanie szpadzistek. Gdy zobaczyła mnie pani z hotelowej recepcji, natychmiast chciała dzwonić po karetkę. Poruszałem się nienaturalnie, bo mnie bolał każdy mięsień, każda kosteczka; długo dochodziłem do siebie.
Zwycięstwo ma kształt... dzwonka
Bartek nie lubi przegrywać, zwłaszcza ze swoimi słabościami. Nie musiał walczyć sam ze sobą, by raz jeszcze podjąć karkołomne wyzwanie. Żonie oraz synom zakomunikował, że w tym roku ponowi próbę pokonania tego dystansu, bo przecież nie zwykł się poddawać. Żona postawiła kategoryczne weto, ale... - Natychmiast odpowiedziałem, że już się zapisałem, a wówczas zrezygnowana machnęła tylko ręką – uśmiecha się nasz rozmówca. - Jako grupa wsparcia pojechała z nami do Krynicy, a potem czekała na mecie. Zebrane doświadczenie z poprzedniego startu sprawiło, że dopracowałem wszystkie detale do perfekcji. Do plecaka wpakowałem dwie bluzy i miałem odpowiednie obuwie. Punkt kontrolny, w którym w poprzednim biegu utknąłem, przezornie ominąłem (śmiech). Dotarłem do mety, ku radości najbliższych i otrzymałem medal w postaci dzwonka. Najważniejsze, że dotarłem w „jednym kawałku” i mogłem normalnie funkcjonować. Musiałem pokonać własne słabości.
Rzeźnik z kuszącą ofertą
W Polsce organizuje się sporo ultrabiegów. Jeden z dystansów opiewa na 200 km, ale Bartek - na razie... - nie ma go w swoich planach. Marek w tym roku zdaje maturę i to jest rodzinny priorytet, ale po egzaminie w kalendarzu biegowym znajduje się ciekawa impreza: Bieg Rzeźnika na dystansie 80 km w Bieszczadach, które to góry tata z synem znają wręcz perfekcyjnie. W tej imprezie można uczestniczyć tylko w duetach, więc to wymarzony moment, by mogli razem stanąć na starcie.
- Nie wyobrażam sobie siebie siedzącego lub leżącego na sofie. Ruch jest najważniejszy i trzeba stawiać sobie nowe wyzwania. Na razie stawiam Bieg Rzeźnika na pierwszym miejscu, ale zobaczymy, co z tego wyniknie – mówi na zakończenie swojej opowieści.
A niżej podpisany będzie pilnie śledził kolejne sportowe wyczyny taty oraz jego dwóch synów!
Włodzimierz Sowiński
Ultrabiegi zostawiają ślady, ale ich ukończenie daje nieprawdopodobną satysfakcję!
Po górach się chodzi, a na skałki się wspina: tata z synem przed kolejnym wyzwaniem.
Wilczy apetyt rodziny Języków na zwycięstwa (również te z własnymi słabościami).
