Dlaczego Wiktorowski musiał odejść
KOMENTARZ „SPORTU” - Tomasz Mucha
Ze sztabu Igi Świątek wypadło jedno ogniwo... Fot. PAP/EPA
Prawdy o tym, dlaczego Wiktorowski musiał odejść, pewnie nie dowiemy się szybko, o ile w ogóle, bo otoczenie Igi jest wąskie, hermetyczne i szczelne. W tej sytuacji pozostają domysły i pogłoski, których w ostatnim czasie nie brakowało: o tym, że chemia między trenerem a tenisistką i resztą jej teamu się wypaliła; o tym, że Wiktorowski dość miał figurowania w zespole, w którym główną rolę odgrywa Daria Abramowicz - formalnie jako psycholog, faktycznie zaś w relacji aż nazbyt osobistej (i tak wytrzymał długo w tym cokolwiek dziwnym układzie); o tym wreszcie, że panowie Tomaszowie – Świątek (tata trzymający kasę) i Wiktorowski – znacząco różnili się w kwestii dalszej wyceny pracy coacha. Świadkowie przekonują, że już na igrzyskach w Paryżu szkoleniowiec wyglądał na pogodzonego z losem, z naszych informacji zaś wynika, że to wtedy właśnie Tata i Trener zwyczajnie się nie dogadali.
Do tego wszystkiego mogło dojść przekonanie samej Igi – choć wcale nie musiało – że jej tenis stał się zbyt jednowymiarowy, siłowy, prosty, w którym brak jest finezji i szukania innych rozwiązań, że poza nawierzchnią ziemną rywalki stawiają coraz twardszy opór i coraz bardziej skuteczny; Iga więc – pamiętajmy, dopiero 23-latka! - zwyczajnie może żywić naturalną sportową ambicję dalszego rozwoju, a Wiktorowski nie miał na to pomysłu.
Czekamy więc na nowego trenera, uznanego obcokrajowca, który pchnie Igę na nowe tory. Ale zanim to zrobi, będzie musiał liczyć się z tym, że oprócz zawodniczki bierze na klatę cały jej bagaż, wcale niemały. Czy wytrzyma aż trzy lata?