Dlaczego Raków zaczął wygrywać
W chwili, gdy Legia z Lechem nie mają pomysłu na wyjście z potężnego kryzysu, w Rakowie złapali dobry kurs na ligowe podium, a może nawet więcej.
Ci, którzy na początku sezonu postawili na Rakowie krzyżyk, okrutnie się pomylili. Fot. Grzegorz Misiak / Press Focus
RAKÓW CZĘSTOCHOWA
Do tego trzeba dodać, że nadspodziewanie łatwo i niezwykle szybko udało się Markowi Papszunowi opanować kryzys w Rakowie, choć sam trener nigdy tak nawet problemów z początku sezonu nie chciał nazywać. Powodów, dlaczego było źle, zapewne nie brakowało, ale nie będziemy ich teraz analizować. Skupimy się na tym, dlaczego – naszym zdaniem – teraz jest tak dobrze.
Przetrącanie kręgosłupów
To oczywiście metaforyczne i przekoloryzowane ujęcie tego, że u Papszuna „albo się dostosowujesz, albo wylatujesz”. Część zawodników, nawet jeśli z trenerem było im nie do końca po drodze, szybko zrozumiała, że gra na zwolnienie szkoleniowca w Rakowie na pewno nie przejdzie. Stawianie oporu i brak wystarczającego zaangażowania mogły jedynie poskutkować odsunięciem od drużyny i wyhamowaniem kariery. Najlepiej widoczne było to na przykładzie Jonatana Brunesa, który szybko załapał, że najprostszą drogą do „ucieczki” z Rakowa jest… granie dla niego jak najlepiej. Norwega w Częstochowie nikt nie będzie trzymał na siłę, ani blokował mu transferu, jeśli ten będzie chciał odejść. Warunek jednak jest jeden – musi za niego wpłynąć oferta, która będzie dla Rakowa bardzo korzystna. A do tego droga jest jedna – Brunesmusi regularnie strzelać gole, najlepiej jak jego kuzyn Erling Haaland w Manchesterze City. W ostatnim czasie poprawił się w tym elemencie, więc cena rośnie. Odejście zimą jest mało prawdopodobnie, ale też całkowicie niewykluczone. Dotarcie z jasnym i jednoznacznym przekazem do zawodników dotyczyło oczywiście nie tylko Brunesa. Schowanie ego do kieszeni i gra dla drużyny wszystkim wyszły na dobre.
Stabilność i spokój
Kiedy na początku sezonu Raków grał brzydko, a do tego przegrywał, Papszuna chciała zwalniać część dziennikarzy oraz kibiców i tak naprawdę… tylko oni, a więc ci, którzy nie mają mocy sprawczej. Takiego pomysłu w Rakowie w ogóle nie było, a to pozwalało szkoleniowcowi zachować spokój i maksymalnie skupić się na likwidacji skutków, zamiast dochodzenia przyczyn. O takim podejściu decydowała nie tylko wypracowana przez lata pozycja szkoleniowca. Przy Limanowskiego autentycznie wierzą, że mają najlepszego trenera w Polsce i kredyt zaufania jest o wiele większy niż do któregokolwiek trenera w innym klubie. W Rakowie nie szukano następcy i nowego sztabu, a postanowiono zrobić wszystko, aby pomóc obecnemu.
Moment założycielski
Jedyny moment, w którym być może najważniejsze osoby w Rakowie zastanowiły się przez chwilę nad faktem, czy Papszun potrafi pomóc drużynie, mógł mieć miejsce w przerwie zaległego meczu z Lechem Poznań pod koniec września. Częstochowianie, grając u siebie, przegrywali do przerwy 0:2, a mogli wyżej. W 55 minucie stało się jednak coś, co odwróciło bieg wydarzeń. Luis Palma brutalnie sfaulował Zorana Arsenicia, eliminując go z gry na długie tygodnie, a siebie z drugiej połowy meczu. Raków, grając w przewadze, potrafił odwrócić losy spotkania. Skończyło się remisem 2:2, ale tamtą drugą połowę można nazwać momentem założycielskim częstochowian w tym sezonie. Od tamtej chwili Raków zaczął wychodzić na prostą, a co najważniejsze zaczął wygrywać – gdyby nie wpadka na Cracovii (0:2) miałby obecnie imponującą serię 11 meczów bez porażki. Całemu sztabowi należą się wielkie słowa uznania za to, jak potrafili zbudować znajdującą się jeśli nie w kryzysie, to na pewno będącą na ostrym zakręcie drużynę.
Atmosferović Sikor
To często niedoceniany element sukcesu – dobra atmosfera i celebrowanie zwycięstw może być przysłowiowym języczkiem u wagi końcowego wyniku. Wiadomo, że atmosferę i szatnię budują zwycięstwa. Kiedy ich nie ma, jest o to trudno, ale gdy się już pojawi zwycięstwo, równie ważne jest, aby się nim maksymalnie naładować. W Rakowie nie ma już Tomasa Petraska, Andrzeja Niewulisa czy „Gutka”, ale wrócił Maciej Sikorski. Popularny „Sikor” jak mało kto umie rozruszać ekipę (kto nie wie, o czym mowa, musi obejrzeć choć jeden filmik z częstochowskiej szatni po wygranym meczu), swą osobowością potrafi wydobyć pokłady radości nawet z największych smutasów, a dodatkową rolę i atut trenera bramkarzy zdaje się dostrzegł nawet sam Papszun. Pocieszyć się wygraną i naładować na kolejny mecz to czasem właśnie ten brakujący detal.
Zgranie przez… kontuzje
W Rakowie obecnie kontuzjowanych jest sześciu ważnych zawodników. Arsenić, Ariel Mosór, Władysław Koczerhin, Jean Carlos, Erick Otieno czy Ivi Lopez w normalnej dyspozycji byliby graczami pierwszego składu. To sprawia, że Papszun dysponuje obecnie bardzo krótką ławką rezerwowych. W wygranym 4:1 meczu w Kielcach po dokonaniu pięciu zmian zostali mu tylko Kacper Trelowski oraz Bogdan Mircetić. Wydawałoby się, że to wielki powód do zmartwień, ale jednocześnie można zapytać, czy paradoksalnie drużynie właśnie to nie pomogło? Ograniczone pole manewru i konieczność grania co trzy dni niewiele różniącym się zestawieniem sprawiły, że zawodnicy wyjątkowo dobrze zgrali się ze sobą i zdecydowanie lepiej rozumieją na boisku. Aż prosi się tu – z zachowaniem wszelkich proporcji – o analogię do Romy, która korzysta w tym sezonie właściwie z… 14 piłkarzy i jest wiceliderem Serie A. Granie jednym składem – nawet z konieczności – może czasami przynieść sporo korzyści.
Mariusz Rajek
