Demografia, głupcze!
Powrót do korzeni, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci, znajomy ordynator w szpitalu położniczym załamuje ręce twierdząc, że tak źle za jego życia jeszcze nie było. To zagadka dziejowa, dlaczego w bogatych społeczeństwach ludzie są mniej skłonni do posiadania dzieci niż tam, gdzie żyje się biednie. Socjologowie wyjaśniają to na wiele sposobów: wygodnictwem, brakiem odpowiedzialności za własną przyszłość, ale też pandemią covid i wojną u naszych granic. W najlepszy wiek dla prokreacji wchodzi tzw. pokolenie Z, dorastające już wyłącznie w erze cyfrowej. Dla niego zaś liczy się tylko to, co znajdzie w internecie: świat wirtualny, a nie realny. Jestem jedynakiem i całe życie brak rodzeństwa bardzo mi doskwierał. Nie podzielam opinii, jakoby z rodziną najlepiej wychodziło się na fotografii.
Problem oczywiście łączy się ze sportem. Zniknęły podwórka w miastach i gminne place na wsiach, wolne tereny pożerają deweloperzy i farmerzy- milionerzy. Lekiem na całe zło miały być orliki wymyślone „za pierwszego Tuska”, wręcz sztandarowy projekt tamtego rządu. Teraz został wskrzeszony, z czego niepotrzebnie dworuje sobie prezes PKOl, mówiąc o łataniu dziur na boiskach przez nowego ministra sportu. Orliki były jak paracetamol, który co prawda uśmierzy ból na pewien czas, ale choroby nie wyleczy. Magdalena Środa w zupełnie nieprofesorskim stylu wypaliła, że na orlikach rodzi się kibolska patologia, co tylko dowodzi słuszności tezy wybitnego naukowca Gerarda Labudy, że połowa idiotów to profesorowie. Można zbudować i milion boisk dla każdego, ale bez zmian w społecznej świadomości niewiele to da. Polacy nie lubią się ruszać bez powodu, nie mają nawyku codziennej rekreacji fizycznej. Tylko starsze pokolenia wychowane na podwórkach i pozalekcyjnych zajęciach wf trzyma się krzepko. Gdy przeczytałem raport naukowców z AWF, z którego wynika, że 75% dzieci w wieku do 12 lat nie potrafi wykonać przewrotu w przód, skoczyć przez skrzynię, podciągnąć się kilka razy na drążku, poskakać na skakance, to najpierw się przeraziłem, a potem pobiegłem do plenerowego fitnessu i bez problemu te proste ćwiczenia wykonałem. Ważna informacja: urodziłem się w roku 1953, dwa miesiące po Pawle Janasie i trzy lata przed Zbigniewem Bońkiem. Jak uzdrowić polski sport powszechny? Odpowiedzią nich będzie parafraza sentencji o ekonomii wygłoszonej ponad 30 lat temu przez prezydenta USA, Billa Clintona: „demografia głupcze!”
A do tego potrzebny jest seks, bardzo zalecany przez lekarzy dla zachowania zdrowia fizycznego i psychicznego, ale na pewno nie taki obleśny, jak w wykonaniu angielskiego kajakarza Kurtsa Adamsa Rozentala. Niezadowolony z dochodów z uprawiania sportu postanowił dorobić, nakręcając seksualne filmiki... w samolocie i sprzedając je w internecie. Został zawieszony, ale paskudnego procederu nie zaprzestał. Pornografia w internecie to zaraza współczesnej cywilizacji, gdyż dezawuuje wartości płynące z intymności i uczuć wyższych.
Znów głośno o Zbigniewie Ziobro, a przy okazji także o Viktorze Orbanie, który podobno rozważa udzielenie azylu kolejnemu polskiemu politykowi w tarapatach. Węgierskiego premiera znam dobrze i nawet darzę sentymentem, choć często nie rozumiem. Był przyzwoitym piłkarzem w rodzinnym Felcsut, nawet w czterdzieste urodziny zagrał w meczu trzeciej ligi. Sport jest jego pasją, a nie kaprysem dla zjednania sympatii społeczeństwa, które nad Dunajem tę dziedzinę życia lubi i docenia bardziej niż nasze. Dlaczego? Z powodów historyczno-patriotycznych. Prawie półtora wieku temu tylko kultura i sport podtrzymywały świadomość narodową Węgrów, pierwsze organizacje sportowe powstały tam równie wcześnie jak w Anglii. Habsburgowie pozwalali na więcej niż inni zaborcy, czego chociażby polskie kluby w Galicji są przykładem.
Z ministrem Ziobro zetknąłem się tylko raz w życiu i nie mam miłych wspomnień. Było to na uroczystości „Człowiek roku”, organizowanej przez pewien tygodnik polityczny. Wręczyłem laureatowi sędziowski zestaw kartek używany na boisku piłkarskim, a Ziobro z kamienną twarzą i stalowym spojrzeniem wypalił, że być może sam mi pokaże kiedyś „czerwień”. Zrobiło się śmieszno i straszno zarazem, że o braku kindersztuby nie wspomnę. Gdy goście wręczają mi niechciany upominek, to zawsze udaję, że mi się podoba.
Na wódkę pod śledzika po kaszubsku nie poszedłbym na pewno z Goncalo Feio, który właśnie z przytupem (?) wraca do polskiej ekstraklasy. Czy nad Wisłę ciągną znad Tagu tylko dziwni ludzie? Przecież Portugalczycy to taka fajna nacja. A tu jak nie Feio, to furiat Sa Pinto, leniuch Santos albo dezerter Sousa. Świetnie zachował się kiedyś właściciel Motoru Lublin, Zbigniew Jakubas, którego Feio straszył odejściem z pracy, kładąc na biurku podanie o zwolnienie. „Przyjęte” - zareagował szef i chwała mu za to. Powinien jeszcze dodać „nie ze mną te numery Goncalo”, jako przedstawiciel pokolenia wychowanego na przygodach kapitana Hansa Klossa. Zbyt często przedkładamy trenerskie wygłupy, skandale i ekscesy nad spokojną pracę u podstaw bez parcia na szkło. Gdyby przeciętny polski trener był Indianinem, to niechybnie miałby przydomek Wielka Gęba. Moi koledzy z boiska Slawo i Grzesio szefujący Radomiakowi podejmują spore ryzyko, zatrudniając krewkiego Feio. Ale czyż każdy nie zasługuje na drugą szansę? A później na trzecią, piątą i dziesiątą? Na wszelki wypadek pochowałbym w Radomiu biurowe przedmioty ruchome, a zatrudnione w klubie panie wyposażył w zatyczki do uszu.
Na dziś obiecałem recenzję książki Dariusza Szpakowskiego, ale pochłonięty lekturą kolejnych „Remanentów” kolegi z tych łamów, Jurka Chromika, do nowego tomu jeszcze się nie zabrałem. Co się odwlecze, to nie uciecze...
Portugalczycy to taka fajna nacja. Czemu więc nad Wisłę ciągną znad Tagu tylko dziwni ludzie? Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus
