Dawno temu w Ameryce
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Jacek Laskowski to mój ulubiony telewizyjny komentator piłkarski – za sprawą błyskotliwej polszczyzny i zaplecza intelektualnego czyni częste i celne wycieczki w konteksty pozafutbolowe, a jego „jasny gwint, rzut karny!” przeszedł już do legendy jako talizman, po którym WojciechSzczęsny bronił karne jak najęty. Laskowski reprezentuje starą szkołę dziennikarstwa, jeszcze sprzed ery internetu, kiedy nie każdy był mądry za sprawą wujka googla, a do uprawiania zawodu potrzebna była trwała wiedza i gruntowne wykształcenie. W przeciwieństwie do większości młodszych kolegów po fachu, zwłaszcza zaś byłych sportowców w roli współprowadzących, nie kaleczy języka, nie popełnia gaf frazeologicznych lub gramatycznych (w typie „drużynie spadły morale”), dykcję ma nienaganną, a głos radiowy.
Ucieszyłem się więc, że Laskowski właśnie zadebiutował jako pisarz, ogłaszając wspomnienia pod tytułem „Dawno temu na mundialu”. Niestety, niepokojąca liczba pojedyncza w tytule i podtytuł „jak odkrywałem Amerykę” znajdują rozczarowujące wyjaśnienie w tekście - autor, który komentuje dla telewizji imprezy mistrzowskie od trzydziestu z górą lat, ograniczył się do jednej imprezy, tej pierwszej, na którą pojechał – mistrzostw świata z 1994 roku. Co gorsza, w co najmniej równym stopniu skupia się na własnych przeżyciach podróżniczych niż na sprawach futbolowych – a reportaży z przemierzania wynajętymi samochodami słynnej Rotue 66 zaprawdę czytałem już wiele ciekawszych, nie wspominając o biblii beatników, czyli powieści „W drodze” Jacka Kerouaca.
Owóż, lektura otworzyła mi w pamięci magazyn osobistych wspomnień z tamtej imprezy – dziwnej, nietypowej, pierwszej rozegranej w Ameryce Północnej, w kraju, gdzie wówczas soccerem nie interesował się pies z kulawą nogą. Pory meczów bywały nieludzkie, ale w latach studenckich jakoś łatwiej było mi zarywać noce, choć przecież czerwiec to czas sesji. Egzaminatorzy podejrzewali mnie o narkolepsję, bo spontanicznie przycinałem komara zamiast się przygotowywać do wylosowanych pytań – profesorostwu nie przyszłoby do głowy, że młodzieniec o magisterskich ambicjach może nie sypiać z powodu „jakiejś tam piłki nożnej”. Nocne mecze oglądałem bez głosu w pokoju śpiącej matki, bo jako jedyna miała w mieszkaniu kolorowy telewizor (spróbujcie oglądać czerwonych przeciw niebieskim w czerni i bieli). Brak Polaków nie był już anomalią, tak jak cztery lata wcześniej, gdyśmy się nie zakwalifikowali po czterech kolejnych mundialach.
Skądinąd mit o Il Mondiale 1990 jako najnudniejszych mistrzostwach wszech czasów wydaje się sprawą wyłącznie polską - dla Polaków był nudny, bośmy po raz pierwszy w życiu nie byli bezpośrednio zaangażowani, ale dla fanów El Diego już niekoniecznie. Maradona w pojedynkę dociągnął Argentynę do finału, był piłkarzem cierpiącym – znienawidzonym przez swoich dotychczasowych wyznawców (w Neapolu wyeliminował Włochów), niemiłosiernie faulowanym, a w finale zrozpaczonym. Zarówno dla Laskowskiego, jak i i dla mnie druzgoczące było przyłapanie El Diego na dopingu i dyskwalifikacja już po dwóch meczach – autor „Dawno temu…” przeżył bodaj rozczarowanie życia, bo miał komentować ostatni grupowy mecz Argentyny i już zacierał ręce, że będzie mógł zobaczyć jak gra najlepszy piłkarz w historii.
Człowiek musi za kimś kibicować, zwłaszcza kiedy wrze w nim młodzieńcza krew, zatem kiedy mi zabrano Maradonę, chciałem kibicować Kolumbii, bo w niej genialnie rozdawał piłki Carlos Valderrama, Cóż, kiedy Kolumbijczycy odpadli już w grupie, a autor samobójczej bramki z meczu z gospodarzami, Andres Escobar, został za to w swojej ojczyźnie rozstrzelany przez gangstera... Jak się zachwyciłem, że Nigeria z Amokachim i Finidim wygrała grupę i wyglądała na dość silną, by zdobyć pierwszy medal dla Afryki, od razu wywalili ich z imprezy Włosi. Jak się zabrałem za kibicowanie Rumunom, w których szalał „Maradona Karpat” George Hagi, to w karnych wyeliminowali ich Szwedzi. Jak już Bułgarzy skradli mi serce i odesłali do domu Niemców, Hristo Stoiczkow i jego banda dali się ograć Włochom, a w meczu o medal zupełnie odpuścili, obrywając czwórkę od Szwedów. A kiedy w finale nie miałem już za kim trzymać kciuków, okazał się najgorszym z wszystkich meczów o mistrzostwo, pierwszym bezbramkowym, rozstrzygniętym dopiero za sprawą fatalnych pomyłek Włochów w serii rzutów karnych.
Migają mi jeszcze obrazki z tych dziwnych, nocnych mistrzostw: genialna bramka Saudyjczyka Saeeda Al-Owairana, który na pocieszenie po Maradonie powtórzył jego numer z Meksyku, startując z własnej połowy kiwnął czterech rywali, po czym strzelił gola nad piątym, bramkarzem Belgów. Pierwszy i jedyny mecz w historii z pięcioma golami jednego zawodnika – Oleg Salenko - dzięki szalonemu meczowi z Kamerunem - został królem strzelców, choć trafiał tylko w dwóch meczach, a Rosja i tak nie wyszła z grupy. Pamiętam również nowinki techniczne: pierwszy raz w historii na murawę wjeżdżały wózki służb medycznych, pierwszy raz widziałem wymianę uszkodzonej bramki w trakcie meczu, pierwszy raz też mecz mundialowy rozegrano w hali (USA – Szwajcaria). Najlepszym graczem turnieju był Romario - jego gracja, technika, timing, delikatne uderzenia czubkiem buta były najwyższym kunsztem futbolowym, ale wtedy należycie ich nie doceniałem, ogarnięty żałobą po trefnym końcu kariery El Diego.
Maradona, który w niezwykły, dla wielu bolesny, sposób łączy mundiale z 1990 i 1994 roku - w Argentynie niezmiennie jest jednak bogiem lub co najmniej pomazańcem bożym. Udowadnia to choćby ta fotka, wykonana trzy miesiące temu w knajpie w Buenos AIres. Fot. Paweł Czado
