Dart i... fart
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Dzik ma bardzo ostre kły.
Kto spotyka w lesie dzika,
Ten na drzewo szybko zmyka.
Też opisywałem dzika, ale mój – w przeciwieństwie do tego z cyklu „ZOO” Jana Brzechwy – był oswojony. Redaktor naczelny tygodnika „Sportowiec” wysłał stażystę do Trójmiasta po debiutancki reportaż. W prywatnym mieszkaniu przyjął mnie wicemistrz świata w konkurencji nazwanej frapująco: strzelanie do ruchomej tarczy z sylwetką „biegnącego dzika”.
Dziś brzmi jeszcze bardziej tajemniczo, bo próżno jej szukać w programach zawodów. Zmieniła nazwę i umknęła w zapomnienie. Jak ówczesny metalowy dzik, którego zwalniano z uwięzi dopiero przed oczami strzelca. Ten musiał trafić go w przelocie po torze i to w punktowane miejsce, czyli w umowne serce na tarczy namalowanej na jego sylwetce.
Nasz wielokrotny medalista, nawet olimpijski, nazywał się Greszkiewicz i pogadaliśmy jak Jerzy z Jerzym! Rozmowa była szczera do bólu i wprowadziła mnie już do końca życia w meandry konkurencji. Wróciłem dumny, położyłem maszynopis na biurku naczelnego i czekałem na pochwały. Po godzinie szef wszedł do pokoju opiekuna mego stażu, Maćka Biegi, i obwieścił:
– Nie wiem, co o tym sądzić, ale ten młody człowiek na siedmiu stronach maszynopisu wymienił aż 14 razy nazwisko Greszkiewicz, a przecież tekst ma tylko jednego bohatera! Nie rokuje to za dobrze.
To do dziś brzmi mi w uszach jak memento, bo rumieniec nie schodził mi wtedy z twarzy przez godzinę. Dlatego teraz wszystkim adeptom w zawodzie tłumaczę, że w naszym języku mamy podmiot domyślny i nie trzeba bez opamiętania odmieniać nazwiska przez przypadki.
Historia zawodowa zatoczyła koło w miniony weekend. Co prawda nikt mnie – emeryta – nie wyśle po reportaż o darcie, ale doznania miałem teraz takie same jak w roku 1982.
Nic nie wiedziałem o dyscyplinie, którą przyszło mi zgłębiać. Mam co prawda na półce wielotomową encyklopedię sportu, ale nie chciało mi się czytać, o co chodzi w tym darcie. Kojarzył mi się z darciem pierza u babci. To był kiedyś rytuał. Przed zimą trzeba było przygotować ciepłą pierzynę, więc gęsi były przez cały dzień obdzierane z piór. Darcie pierza...
A dart? Owszem, okazał się dość ciekawy. Może nawet ciekawszy od strzelania do sylwetki biegnącego dzika. Bo więcej widać. Miny sportowców, entuzjastyczne reakcje publiczności, procesy myślowe i szybkie przeliczenia darterów. Taktyka jest ważna. Gdzie celować, by rywal miał trudniej ode mnie. Leg zaczyna się nawet lepiej niż dawny przelew z ZUS-u na każde dziecko, bo od plus 501. Potem po seriach trzech rzutów każdemu topnieje konto. Kto pierwszy osiągnie zero, ten wygrywa LEG. A ten gorszy nie musi od razu oswajać się z myślą, że poLEGł. Ścigają się w MŚ najpierw do trzech, potem czterech, a w finale nawet do siedmiu setów.
Mistrzem świata po raz drugi z rzędu został osiemnastolatek z Anglii, który wyglądał jak trzydziestolatek. Nie nazywał się Greszkiewicz, a... Littler i nie jest zbyt lubiany, ale kto najlepszemu zabroni być bucem.
Na początku pisywałem więc o strzelectwie, kręglach i badmintonie, aż wreszcie nauczyłem się pisać o futbolu. No, to na powitanie 2026 napisałem sobie o darcie i farcie. Bo w tej rywalizacji trzeba mieć tego drugiego sporo. W decydujących fragmentach rozgrywki zawsze ktoś z widzów może wypuścić z pudełka osę, a taka osa chętnie potem lata koło nosa. A nawet przed! Zawsze też, nie mając farta, można skaleczyć się ostrzem lotki w palec i na tarczy pojawi się wtedy kropla krwi. Na szczęście nie walczy się do ostatniej krwi.
Tamten „dzik” dawno został oswojony. Jeszcze w 1982. To już 44 lata temu. A imię nowego?
Littler!
Jerzy Greszkiewicz na okładce tygodnika „Sportowiec” z 1982. To właśnie w tym numerze był mój reportaż debiutancki „Dzik oswojony”. Fot. BCH
