Dania za mocna, Paryż za mgłą

Z takich pojedynków jak ten Emilii Galińskiej (z lewej) z Louise Burgaard zwycięsko najczęściej wychodziły Dunki. Fot. PAP/Marcin Bielecki
Dania za mocna, Paryż za mgłą
Wysoka porażka ze współgospodyniami turnieju spowodowała, że marzenia o ćwierćfinale oraz igrzyskach olimpijskich zostały pogrzebane.
To będzie bardzo ciężki mecz, bo Dunki grają u siebie i już pokazały kawał dobrej piłki ręcznej. Mogę obiecać, że wyjdziemy na parkiet z serduchem, zapałem i będziemy walczyć do ostatniej minuty - mówiła przed sobotnim meczem Sylwia Matuszczyk, ale tylko pierwsza część wypowiedzi doświadczonej obrotowej JKS-u Jarosław znalazła potwierdzenie. Podrażnione sensacyjną porażką z Japonią współgospodynie mundialu miały wiele do udowodnienia i na drugą wpadkę nie mogły sobie pozwolić. By wrócić na zwycięską ścieżkę, potrzebowały solidnego wsparcia kibiców, którzy w liczbie 10400 osób (do kompletu zbrakło 2100) wypełnili trybuny Jyske Bank Boxen w Herning. Nasze panie przed taką widownią zwykle nie grają, ale nie miały zamiaru tego okazywać.
Trudne warunki
Od pierwszych chwil były bojowo nastawione. Arne Senstad zaskoczył nieco ustawieniem w ataku, bo na środku zagrała Karolina Kochaniak-Sala, która z lewej strony miała byłą koleżankę z Zagłębia Lubin, Emilię Galińską. Ten wariant się sprawdzał, bo „Emi” umiejętnie rozrzucała piłkę do lewoskrzydłowej Dagmary Nocuń, a także brała na siebie ciężar zdobywania bramek. Dzięki niej po 8 minutach było 3:3. Wkrótce jednak powaliła rywalkę i otrzymała 2 minuty. Wicemistrzynie Europy skrzętnie to wykorzystały, odskakując na 3 trafienia. Po kwadransie trener Senstad poprosił o czas. Wyraził zdziwienie, że jego podopiecznym nie wychodzi rozgrywanie ataku pozycyjnego (niecelne podania, błędy techniczne) i w miejsce Galińskiej desygnował Aleksandrę Rosiak, która na wstrzelenie się potrzebowała 9 minut. Jej trzy „petardy” z 10 metra zaskoczyły Sandrę Toft i zmniejszały stratę do dwóch bramek (8:10, 9:11, 12:14). Twardo broniące Dunki nie pozwoliły się natomiast „rozbujać” Monice Kobylińskiej. Zwykle aktywna i bramkostrzelna prawa rozgrywająca premierowe trafienie zanotowała w... 28 minucie.
Kosztowny przestój
Trzy bramki straty do przerwy, świetna postawa Adrianny Płaczek (2 obronione rzuty karne, a w całym meczu 3) dawały nadzieję, że szalenie niewygodny rywal jest do pokonania, ale konieczne było ograniczenie błędów i wyzbycie się wykluczeń, których po dwóch kwadransach biało-czerwone miały aż 5; w tym jedną za nieprawidłowo przeprowadzoną zmianę (!), co na tym poziomie nie powinno się zdarzyć. Nic z tego jednak nie wyszło... Na początku drugiej odsłony dyspozycję rzutową potwierdziła Rosiak (13:15), ale przeciwniczki postanowiły wrzucić wyższy bieg i w ciągu 5 minut odjechały na 20:13. Nasze panie próbowały, lecz zaporą trudną do pokonania okazała się Althea Reinhardt (obroniła 7 z 17 rzutów); po tym jak w 36 minucie powstrzymała biegnącą na nią od połowy boiska Magdę Balsam, dłonie same składały się do oklasków.
Krótka ławka
Norweski selekcjoner Polek wszelkimi sposobami próbował dobrać się Dunkom do skóry, ale właściwe tylko rzuty z 6 metra przynosiły gole, bo gra siedmioma zawodniczkami w polu często kończyła się stratą piłki, która następnie wpadała do pustej bramki, a biało-czerwone trafiały do niej sporadycznie. Dała również o sobie znać jakość rezerwowych. U Dunek wejście na parkiet jednej czy drugiej nie miało wielkiego wpływu na grę, a u nas - zwłaszcza w drugiej linii - nie miał kto wejść. To znaczy miał, ale trener - dla przykładu - pieczołowicie pilnowanej oraz potwornie zmęczonej Kochaniak-Sali nie dał odetchnąć i, choć wynik był rozstrzygnięty, kazał grać do ostatniej syreny. Liczby naszej środkowej? 2 asysty i 1 wywalczony karny, zamieniony na gola przez Balsam w 59 minucie.
Rumunia na koniec
Dzisiejszym meczem z Rumunią Polki pożegnają się z mundialem. Stawką spotkania będzie jedynie 3. miejsce w grupie. Jedynie, bo nawet jeśli uda się dziś wygrać ten trudny mecz i nasz zespół będzie miał 6 punktów, to z grona zespołów, które w pozostałych grupach zajmą 3. lokaty (w grupie I szansę na nią mają aż 3 drużyny), mają najgorszy bilans bramkowy. Oznacza to, że w końcowej klasyfikacji nie zajmą miejsc 9-10, a właściwie tylko one dawały szansę udziału w turnieju przedolimpijskim...
Polska - Dania 22:32 (12:15)
POLSKA: Płaczek, Zima - Balsam 4/2, Kobylińska 1, Kochaniak-Sala, Urbańska 2, Galińska 3, Nocuń 3, Rosiak 6, Matuszczyk 3, Uścinowicz, Michalak, Zimny.
Kary: 16 minut.
Trener Arne SENSTAD.
DANIA: Toft, Reinhardt - S. Iversen 3, Hageso 2, A. M. Hansen 4, Heindahl 2, Haugsted 1, A. Hansen 1, Jorgensen 5, Jensen 5, Burgaard 4/1, Petersen 2, Hojlund 1, Friis 1/1, R. Iversen 1, Halilcević.
Kary: 6 minut.
Trener Jesper JENSEN.
Przebieg meczu: 5 min - 1:2, 10 min - 3:5, 15 min - 5:8, 20 min - 6:8, 25 min - 9:11, 30 min - 12:15, 35 min - 13:19, 40 min - 12:21, 45 min - 17:25, 50 min - 20:26, 55 min - 20:29, 60 min - 22:32.
POWIEDZIAŁY
Monika KOBYLIŃSKA: - Jesteśmy zawiedzione. Do pewnego momentu szło nam dobrze, ale potem wszystko wymknęło się spod kontroli. Druga połowa nie potoczyła się po naszej myśli. To nie czas na podsumowanie. Piłka wciąż jest w grze, każdy mecz jest ważny, a z Rumunią zagramy o 3. miejsce w grupie i wyższą pozycję na koniec turnieju.
Sylwia MATUSZCZYK: - Zrobimy wszystko, żeby na Rumunki wyjść z czystymi głowami. Mamy jeszcze jeden fajny mecz do zagrania i chcemy pokazać, że potrafimy dobrze grać w piłkę ręczną.
Magda BALSAM: - Mecz był dla nas bardzo trudny i nie układał się tak, jak chciałyśmy. Naszym celem była bardzo dobra obrona i mądry atak. Jak widać po wyniku, nie udało nam się zrealizować założeń. Przyjechałyśmy tu grać jak równy z równym z najlepszymi. Trzeba jednak przyznać, że czołówka wciąż jest daleko przed nami. Marek Hajkowski
