Dąbrowa Górnicza szaleje za Mają!
I nie zmienia tego porażka w finale French Open. – Nie grałam dotąd w tenisa, ale po tym, co widziałam, mogłabym zacząć – deklaruje 11-letnia Wiktoria.
Dąbrowianie wspólnie oglądali finałowy mecz Mai Chwalińskiej. Fot. Paweł Czado
Chcemy, żeby była szczęśliwa
W Fabryce Pełnej Życia, obok Pałacu Kultury Zagłębia, powstała strefa kibica. Przyszły tłumy, szpilki nie można było wetknąć. Można powiedzieć, że tym razem paryski turniej połączył się symbolicznie z Tour de France, bo mnóstwo fanów przyjechało na rowerach, mniejszych i większych, tych profesjonalnych i tych skrzypiących. To było zbiorowisko różnych ludzi; był półnagi mężczyzna z labradorem, była zoperowana wielokrotnie trzepocząca rzęsami czterdziestka z dumnie wypiętymi pośladkami, jednak niezależnie od wyglądu, stanu społecznego, proweniencji – wszyscy wbijali wzrok w Maję Chwalińską na okazałym telebimie. – Jej skromność i naturalność przyciąga. Myślę, że to wzbudza do niej najwięcej sympatii. Także to, że na korcie nie pokazuje żadnej złości, ciągle chce iść dalej. Choć już nie mieszka w Dąbrowie, dla nas zawsze będzie Dąbrowianką. Szczycimy się nią, jesteśmy szczęśliwi i chcemy, żeby ona też była szczęśliwa, ale przecież nie tylko nasze miasto jest z niej dumne. Myślę, że budzi sympatię dosłownie wszędzie. To jest piękne! – raduje się Ewa Fudali-Bondel, wiceprezydent Dąbrowy Górniczej. – I jak ona gra.... Jej technika i pomysłowość wszystkich trzyma w napięciu i budzi ogromne emocje! – dodaje z żarliwością w głosie.
Nikt nie przejął się specjalnie porażką w finale z Rosjanką Mirrą Andriejewą. Tłumy pożegnały polską tenisistkę brawami, nikt nie wyglądał na rozczarowanego, chyba że rozczarowanie ukrywał.
Były momenty humorystyczne. Kiedy nagle didżej zakomenderował: „Do hymnu!”, myśleliśmy, że zrobi się patetycznie. Tymczasem z głośników popłynął głos... Zbigniewa Wodeckiego. „Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, wszyscy Maję znają i kochają, Maja fruwa tu i tam, świat swój pokazując nam...”. Zrobiło się słodko, ale przecież nikomu to nie przeszkadzało. Więcej – pojawiło się całe mnóstwo pozytywnej energii!
Za rok może się udać!
Zachwyceni byli nie tylko dorośli, ale i dzieci. – Moim zdaniem pani Maja grała bardzo dobrze. Po tym, co mówią osoby, które ją znają, myślę, że jest bardzo fajna. Nie grałam dotąd w tenisa, ale po tym, co widziałam, mogłabym zacząć – mówi z pasją 11-letnia Wiktoria.
– Jeśli chodzi o cały turniej, to moim zdaniem powinna wygrać. Maja grała najlepiej. Najlepiej – dodaje z naciskiem 12-letni Wiktor („Ale w tym roku kończę trzynaście!”). – Myślę, że zjadła ją presja, bo nie jest tak doświadczona, ale i tak dużo jej wychodziło. Mimo że przegrała, była najlepsza! Przecież za rok może się udać – przekonuje z niezmąconym entuzjazmem.
Cóż, mecz rzeczywiście się nie układał. Wiwaty były do stanu 3:2, a potem Maja przegrała aż dziewięć gemów z rzędu. Ludzie to przeżywali – mruczeli, złorzeczyli pod nosem, machali kubkami od piwa, wcześniej przezornie wypitego. Jednak wciąż trzymali kciuki, przeżywali każde zagranie i nie wychodzili, bo pamiętali przebieg wydałoby się przegranego meczu z Marią Sakkari... Duch w narodzie nie ginął. Wszyscy na leżakach i przy stolikach wrzasnęli: „Majaaaaa!”, gdy wygrała drugiego gema w drugim secie i wydawało się, że zacznie gonić. Nie dogoniła... Jimmy
Hendrix to lubi
To duże wydarzenie dla Dąbrowy Górniczej – także dlatego, że to miasto nigdy właściwie nie kojarzyło się przesadnie ze sportem. W czasach, kiedy mało kto wiedział, że panie kopią piłkę, żeńska drużyna Zagłębianki była najlepsza w Polsce. Piłkarze tego klubu grali na zapleczu ekstraklasy ledwie raz, w 1948 roku, więc już chyba nikt tego nie pamięta, Jimmy Hendrix z ławeczki pod PKZ-etem także. Dziś w najwyższej klasie rozgrywkowej występują koszykarze, kiedyś grały siatkarki, na zapaśniczych matach z sukcesami walczy reprezentantka miejscowego klubu, Jowita Wrzesień, ale to wszystko już XXI wiek. Wcześniej była tu jeśli chodzi o sport wyczynowy... Pustynia Błędowska. Nie wychowali się tu znani sportowcy. Kto wie, że mistrz kierownicy Sobiesław Zasada urodził się w Dąbrowie Górniczej? No, właśnie... Od kiedy pamiętamy, tu zawsze była tęsknota za własnym bohaterem. No i bohaterka się pojawiła... Miasto nie będzie już kojarzyć się niektórym z orgią na plebanii. Zastąpi ją zupełnie inna, pozytywna historia dziewczyny, która nie zrażała się trudnościami, wierzyła w siebie i zapracowała na wielki sukces!
Paweł Czado, Grzegorz Kaczmarzyk
Mimo że przegrała w finale, mieszkańcy Dąbrowy Górniczej pożegnali swoją zawodniczkę brawami. Fot. Paweł Czado
