Czysto jak w Bostonie
Gdyby zorganizować konkurs dotyczący tego, która z 16 aren mundialu jest najbardziej schludna, to stolica stanu Massachusetts nie miałaby sobie równych!
Cudowny Boston to przystanek nr 4, a raczej 5 na liście „Sportu”, bo przecież z Vancouver ciekawe korespondencje nadaje jeszcze Leszek Jaźwiecki. Co do mnie, to miasto, gdzie swoją siedzibę mają tak znakomite uniwersytety, jak Harvard czy MIT - Massachusetts Institute of Technology, jest miejscem po Nowym Jorku/New Jersey, Atlancie i Filadelfii kolejnym meczowym przystankiem.
Daleka i długa wyprawa
Podróż do leżącego 300 km na północ od Nowego Jorku Bostonu to oczywiście wyprawa. Zresztą z Maspeth na Queens, gdzie mieszkam, wszędzie jest daleko. Do „downtown”, czyli do centrum, jak tutaj mówi się na Manhattan, jadę autobusem i metrem około… 1,5 godziny. Transport zajmuje tu „wieki” i potrafi wykończyć. Żeby dojechać do Bostonu na mecz Anglii z Ghaną, wyszedłem około 6.30 we wtorek. O 7.45 miałem autobus do Bostonu. Na pierwszym przystanku Jamaica Station w Queens prawie w ogóle nie ma pasażerów, potem się jednak dosiadają i jedzie całkiem sporo osób, w tym kibice reprezentacji Ghany, w charakterystycznych żółtych koszulkach z czarną gwiazdą. W Bostonie jesteśmy po niewiele pięciu godzinach. Cena biletu tam i z powrotem? Około 100 dolarów, po naszym kursie 380 złotych. Samolotem trzeba zapłacić dwa razy drożej, a najdrożej, bo aż 1200 złotych wychodzi jazda pociągiem, które są tutaj luksusowe i bardzo drogie, ale chyba tego nie sprawdzę, a do Bostonu pojadę jeszcze dwa razy, w tym piątkowy hit grupy I, czyli rywalizację Francji z Norwegią.
Z Boston South Station chcę jechać metrem, ale jest już późno, kilka godzin do meczu. W aplikacji FIFA sprawdzam, że spod Moxy Hotel, miejsca dla dziennikarzy, jedzie autobus na stadion. To dla nas żurnalistów plus pracy jest taki, że takie kursy z „downtown” na stadion w każdym miejscu mistrzostw są darmowe. Wystarczy akredytacja. Odpada więc koszt transportu i jest wygodnie.
Stadion Gillette, a na czas mistrzostw Boston Stadium, trwa strasznie długo. To 35 km i Foxborough, a więc zupełnie inna miejscowość – odległość jak, nie przymierzając z moich Żor do Katowic. To 20-tysięczne miasteczko w stanie Norfolk. Na stadion jedziemy 1,5 godziny bo korek straszny, wracamy godzinę.
Stadion Foxborough robi niesamowite wrażenie! Tutaj przed meczem Anglia - Ghana. Fot. Michał Zichlarz
Nie możesz rozmawiać…
Już w centrum prasowym rozmawiam z jednym z wolontariuszy. To osoba po sześćdziesiątce. Miły, uprzejmy, w Media Center odpowiada za catering. Pytam o mistrzostwa w Bostonie. – W mieście witamy serdecznie każdego z uczestników turnieju! Miasto podjęło ogromne środki, żeby wszystko zabezpieczyć, żeby było bezpiecznie. W centrum są specjalne strefy dla kibiców, żeby mogli dopingować, dobrze się bawić… – mówi po czym nagle przerywa.
O co chodzi? Podchodzi Juliana, pracowniczka FIFA, Brazylijka z Miami. – Wolontariusze nie mogą udzielać wywiadów, takie są regulacje! – tłumaczy.
Wściekam się. Mówię, że w Rosji w 2018 roku przy okazji mundialu tak mogło być, ale w Ameryce?! W wolnym kraju? – Takie są wytyczne, przepraszam – mówi Juliana i kontaktuje się ze swoim szefem Jamie Reid’am, który odpowiada za komunikację. Ech, szkoda gadać…
Daleko za innymi
Rozmawiam potem jeszcze - poza protokołem - z panem od wolontariatu. Mówi, że soccer czyli nasza piłka nożna, to sport numer… 5 w mieście i wylicza. – Króluje oczywiście zespół futbolu amerykańskiego z NFL, New England Patriots, kilkukrotny mistrz, który w lutym w finale przegrał w Super Bowl z Seattle Seahawks. Jest oczywiście bejsbolowa drużyna Red Sox, koszykarze Boston Celtics i hokejowa ekipa Boston Bruins – wylicza. Ekipa soccera New England Revolution, gdzie parę lat temu grał z powodzeniem Adam Buksa, jest na końcu tej listy, choć jak tłumaczy mój rozmówca, właściciel klubu, miliarder Robert Kraft (szefuje też New England Patriots) ma budować dla piłkarzy soccera nowy stadion w mieście.
Prężna chińska społeczność
Po meczu na przepięknym stadionie w Foxborough, prawie 70 tys. pojemności, mam okazję – czekając na powrotny autobus do Nowego Jorku - pospacerować po mieście. Akurat Boston South Station mieści się niedaleko Chinatown, czyli miejsca chińskiej i prężnie działającej od XIX wieku społeczności. Jem w jednej z restauracyjek pyszne Kung Pao (16 dolarów) i chodzę po chińskiej dzielnicy. Wszędzie czyściutko, żadnego papierka, śmiecia. To nie to co przykładowo w Nowy Jorku, gdzie śmieci się walają, a czekając na jeden z autobusów na granicy Brooklynu i Queens było pełno dreptających z miejsca na miejsce… szczurów. W Bostonie tego nie ma.
Miastem zarządza Michell Wu, właśnie z chińskiej społeczności, jedna z najmłodszych burmistrzów w Stanach, pierwsza Azjatko-Amerykanka na tym stanowisku w mieście. W Chinatown widzę zdjęcia z jej podobizną. Chińska społeczność jest z niej dumna.
Colt i Kraft = wielkie bogactwo
Ale nic pora wracać... Po drodze z Bostonu do Nowego Jorku wypełniony do ostatniego miejsca autobus linii „Greyhound” zatrzymuje się jeszcze w Hartford. To już stolica stanu Connecticut. Ciekawe miejsce i jak czytam ubezpieczeniowa stolica Ameryki, bo właśnie te firmy mają tutaj swoją siedzibę. Z Hartford pochodził, tutaj się urodził i zmarł, Samuel Colt, który opatentował i zaczął produkować słynny rewolwer. Kto nie zna Colta?! Kiedy w 1862 roku, w wieku ledwie 47 lat zmarł na dnę moczanową, był jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce, jak teraz właściciel New England Patriots i New England Revolution Robert Kraft, którego majątek szacuje się na 11 miliardów dolarów! Z Hartford do Nowego Jorku jeszcze 3 godziny jazdy. Wracam już w środę. O 2.20 jestem na Port Authority Bus Terminal na Manhattanie. Stamtąd wracam metrem, pardon subwayem, do siebie – do tego jeszcze kilkanaście przystanków autobusem. Kładę się spać po 4.00 – u nas już 10.00.
Z Bostonu Michał Zichlarz
Chińska społeczność w stolicy stanu Massachusetts ma się doskonale. Fot. Michał Zichlarz
Boston to miasto słynnych uniwersytetów zHarvardem na czele. Jest tutaj czyściutko! Fot. Michał Zichlarz
Podróż z Nowego Jorku do Bostonu to 300 km i kilka godzin jazdy autobusem. Fot. Michał Zichlarz
